Strony

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

21.08.2016

"I cóż mogę Wam rzec....do kiedyś!"

A więc to dziś jest to "kiedyś".
Mój B. musi mi dziś wybaczyć, zrozumieć i solidnie przytulić.

Napisałam już ten post. Ale przycisk backspace wszystko skasował i zaczął od początku. I tak kilka razy. Nie, nie chodzi o to, że jestem niezdecydowana. Chodzi o to, że nie potrafię wypowiedzieć słów odpowiednich do sytuacji.
Mam tyle wspomnień w głowie, jedno za drugim. Ten kawkowski daszek, z którego można było obserwować gwiazdy a ta najjaśniejsza świeciła tylko dla mnie. Te piosenki z oazy śpiewane do słuchawki podczas długich rozmów telefonicznych. Ten pierwszy bukiet tulipanów na dzień kobiet i pluszak na siedemnaste urodziny. Wspólne zdjęcia z Budapesztu i potajemne spotkania na stadionie.
Niedzielny poranek był najgorszym porankiem tego roku. Szok i niedowierzanie trwają do teraz. Ciągle mam nadzieję, że to zły sen, który za chwilę się skończy. Że chociaż już dziś z tą osobą nie oglądam gwiazd i nie rozmawiam za wiele, to że jednak gdzieś tam kręci się po okolicy. Ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Dziękuję Ci i do zobaczenia A.
Będzie smutno.

czwartek, 30 czerwca 2016

DYPLOMOWANY OLIGOFRENOPEDAGOG? Tak, od wtorku to ja!

To dość dziwne uczucie być dyplomowanym pedagogiem specjalnym. Niby nic się nie zmieniło, ale świadomość tego, że jest się już kimś, że przed tym nazwiskiem są jakieś trzy literki bardzo podbudowują. W dzisiejszych czasach bycie panią lic. nie daje zbyt wielkiej dumy i dobrej pracy, ale to zawsze +10 do samooceny.
Najadłam się dużo stresu - o wiele za dużo. Bóle głowy, bezsenność, uderzenia gorąca, omdlenia... Na półgodziny przed obroną pani z dziekanatu powiedziała, że nie mam oceny z recenzji i teoretycznie nie mogę się dziś bronić, chyba że jestem na liście, której na oczy nie widziałam. Więc doszło jeszcze więcej stresu, ale jak się okazało - zrecenzowano mi pracę na 10 minut przed obroną, cóż za totalny luz.
Sama obrona przebiegła miło i w ekspresowym tempie. Komisja stworzyła tak wyluzowaną atmosferę, że życzę każdemu z Was, kto ma to przed sobą, żeby trafili na tak dobrą komisję jak moja!
I cóż mogę Wam rzec....do kiedyś!

Podpisano, ja - dyplomowany oligofrenopedagog ♥

piątek, 6 maja 2016

58100 z życia studentki trzeciego roku

Czas ucieka mi przez palce a za dziesięć dni muszę oddać złożoną w całość pracę licencjacką. Wyrobię się, tego mogę być pewna. Ale mniej pewna jestem jej dalszych losów.


Nie obawiam się antyplagiatu, bo mam ponad sześćdziesiąt przypisów. Obawiam się, że moja praca nawet tam nie trafi. W grupie seminaryjnej mam około dziesięciu ludzi, z czego ani jedna, podkreślam to specjalnie, nie ma zaakceptowanego ani jednego rozdziału pracy, z czego w mojej (jak i w innych) jest ich cztery. Więc, jeśli oddam pracę, niczego nie mogę być pewna. Bo może akurat tego dnia moja pro wstanie lewą nogą i nie spodobają jej się moje wypociny. A przecież w tym zestawieniu z nią nie wygram i wyląduję na liście oczekujących na wrzesień. I co wtedy? Wtedy moje magistry trafi szlag i całe trzy lata pójdą na marne.
Nie zostało mi nic innego jak pisać i pisać, i modlić się, żeby antyplagiat przeskanował moje pięćdziesiąt+ stron. Amen


poniedziałek, 21 marca 2016

21.03.2016

Kalendarzowa wiosna rozpoczęła się na Warmii naprawdę piękną pogodą. Aż chciałoby się wyjść, pospacerować po pobliskim Kusocińskim, ale niestety, materiały na uczelnie same się nie przygotują. Ogólnie robię postępy w pracy, bo po świętach zabieram się za robienie badań i z początkiem maja oddaję do tego nędznego antyplagiatu. A potem niech się dzieje wola Nieba....

Przypominam wszystkim zapominalskim, że poza rozpoczęciem wiosny dziś jest święto kolorowych skarpetek i światowego dnia Zespołu Downa. Także, skarpetki skarpetkami ale pamiętajcie o tolerancji nie tylko od święta! ♥♥♥

A jutro... jutro przylatuje do mnie Afryka i zagości na dwa miesiące! Cieszę się nieziemsko! :)

Ahoj.

piątek, 26 lutego 2016

dobrze mi tu ♥

Obiecałam sobie, że nie będę już tak często wracać do domu. Przecież jestem dorosła i tego nie potrzebuję. Jednak dom rodzinny ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się tam wracać po kilku dniach rozłąki.
Uwielbiam wracać do domu, do moich czterech szaro-białych ścian, które dalej urządzam na swój elegancki sposób. Uwielbiam przygotowywać z mamą wspólne posiłki i zasiąść całą rodziną do obiadu. Od kiedy sięgam pamięcią, moi rodzice byli zwolennikami wspólnego spożywania posiłków. Kiedyś tego nie lubiłam, dziś cieszę się, że w taki sposób celebrujemy rodzinne chwile. Powiem Wam w tajemnicy, że im starsza jestem, tym mam lepszy kontakt z mamą, z czego naprawdę jestem dumna.
No i na koniec, lubię wracać do domu, w którym czeka na mnie mój czworonogi przyjaciel. Ze wszystkich moich dotychczasowych kotów to właśnie z nim dogaduję się najbardziej. Nie oszalałam, nie rozmawiam z kotami. Pisząc dogaduję miałam na myśli to, że rozumiem co on swoim zachowaniem chce mi powiedzieć. Wiem, kiedy się boi a kiedy czuje się bezpieczny. Teraz jest chyba między nami całkiem dobrze, bo mały kochany gnojek rozwalił się na moich nogach i pochrapuje, aż szkoda mi go przekładać. Jak z dzieckiem... prawie jak silna, niezależna kobieta! :)
Dobrze mi tu, bezpiecznie.



czwartek, 4 lutego 2016

Posesyjne alleluja!

W czwartkowy, dość tłusty wieczór postanowiłam się trochę odezwać. Styczeń był najbardziej intensywnym miesiącem ostatnich czasów. W ciągu kilku dni zaliczyłam kilkanaście kolokwium z dość dobrym wynikiem i zdałam wszystkie egzaminy w zerowym terminie. Tak oto został mi ostatni semestr na uniwerku. No i zdobyłam trzy tygodnie bezkarnego wylegiwania. :)
A potem dostałam kilka wiadomości od promotora... i całe moje wypociny poszły się walić i muszę od nowa napisać dwa rozdziały. Nie wiem, chyba naprawdę liczyłam na to, że mam zdolności i smykałkę do pisania. No cóż, nie mam.
No cóż, pocieszam się, że do lipca jeszcze pięć miesięcy. Więc może zdołam się do tego czasu obronić. Obrona, to brzmi dumnie! :D

No chyba, że....

poniedziałek, 18 stycznia 2016

presja sesja sresja, wymiękam.


Kiedy zbliża się sesja, masz naprawdę dużo czasu na ogarnianie życia i tego bałaganu, który pozostawiło się na różnych stronach.
Przede mną leżą pomazane notatki z głębszej niepełnosprawności, a w telefonie gdzieś notatki z zatrudniania niepełnosprawnych. I czuję jakieś wypalenie przedzawodowe i mam ochotę napisać podanie do dziekana i bez szwanku wylecieć z uczelni i zacząć wszystko od nowa. Powstrzymuje mnie jedynie fakt, że wniosłam już tak dużo w te studia, że grzechem by było ich nie skończyć.
To nie jest mój dzień, zdecydowanie.
PS. Postanawiam poprawę, bo przecież sesja i te sprawy!

niedziela, 10 stycznia 2016

"Chętnie pójdę z Owsiakiem do piekła"

Kolejny finał Wielkiej Orkiestry i kolejne zamieszania w świecie, którym rządzą media. Ostatnio przed komputerem siedzę krótko i nie mam czasu przeglądać nowinek na osi czasu, ale dziś nadarzyła się dobra okazja. Więc zaciekawiona wchodzę i pierwsze co widzę:
  1. Owsiak! Jesteś skończony oszuście!
  2. Bardzo lubię wspierać różne organizacje (np. PAH, Caritas) Ale nie wszystko MUSZĘ lubić. I nie we wszystkim brać udział. 
  3. Jesteśmy na tak dla WOŚP , Nie dla zawistnych malkontentów.
I chciałabym wyłączyć internet. 

Zdarza mi się wrzucić do puszki jakieś drobne. Czasami jednak zdarza mi się, że do puszki nie wrzucę ani grosza. Nie znam ani jednej osoby, która została wyleczona dzięki sprzętom zakupionym przez pana Jurka. Ale nie znam też ani jednej, która by z tego powodu cierpiała. Rzadko bywam w szpitalach, ale kiedy już to robię, wszędzie widzę że w szpitalu znajduje się sprzęt ufundowany z fundacji WOŚP. Nie obchodzi mnie to, że za część kwoty wybudowano siedzibę WOŚP. Chwileczkę, przecież Caritas też ma swoją siedzibę. PAH i inne organizacje też na pewno ją mają. Z czego ją zbudowano? Jakoś trzeba sobie radzić.

Dlaczego w ludziach jest tyle jadu? Dlaczego katolicy są tak zawistni jeżeli chodzi o pana Owsiaka? Przecież on im nie robi krzywdy. Ksiądz staje na ambonie i cytuje Pismo Święte, że trzeba pomagać i szanować drugiego człowieka. Po czym dodaje, że wspieranie Owsiaka to grzech. Czy to aby nie paradoks? Ks. Kaczkowski powiedział kiedyś, że chętnie pójdzie z Owsiakiem do piekła. Zatem, do piekła pójdę i ja! Z chęcią. Jeżeli chęć pomocy ma być karane piekłem - proszę szykować tam dla mnie miejsce, bowiem całe moje życie wiążę z pomocą potrzebującym. Amen.

czwartek, 31 grudnia 2015

2015

Ludzie mówią, że jaki sylwester taki cały rok. Ten rok udowodnił, że jednak nie wszyscy mają rację. Pierwszy dzień stycznia był najgorszym dniem, który zapamiętam do końca życia, to śmiało mogę powiedzieć, że przeżyłam jeden z lepszych roków w moim życiu, a miałam ich już dwadzieścia jeden.
Jestem szczęśliwa, a to chyba najważniejsze!
Takiego szczęścia Wam życzę, z całego serducha :)




czwartek, 24 grudnia 2015

MAGIA ŚWIĄT

Kiedy w powietrzu unosi się zapach pieczonych pierników, a mama nabija goździkami ulubione cytrusy, to wiesz, że zbliża się Boże Narodzenie!

Z tej okazji chciałabym Wszystkim życzyć zdrowych, wesołych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Żeby sesja znowu nie zaskoczyła studentów swoją obecnością a każde marzenie znalazło czas na swoją realizację. I żebyśmy w tym całym świątecznym zamieszaniu nie zapomnieli, że to nie my i rodzina są dziś najważniejsi! :)


piątek, 27 listopada 2015

Narzekadło tutaj spadło

Pisanie pracy dyplomowej jest do bani. Zazdroszczę każdemu, kto wie jak się do tego zabrać, bo osobiście jestem w czarnej dupie! 


Miałam tyle planów na ten tydzień, ale wszystko poszło w las, bo kolejny raz dopadło mnie wstrętne przeziębienie. Zatoki mi zaraz eksplodują, a w nosie mam papryczkę chili, a nawet dwie. A chciałam wyskoczyć na basen, pojeździć za darmo na łyżwach i wybrać się w końcu na romantyczną, zimową komedię. Może to jakiś znak, żebym ruszyła swoje leniwe cztery litery i dokończyła chociaż jeden rozdział? Zalegam z oddaniem już jakieś dwa tygodnie, więc byłoby miło, gdybym to w końcu zrobiła? Tak, to chyba dobry plan. 

EDIT: Myślałam, że to się zdarza tylko na filmach i głupich opowieściach, ale to jednak prawda. Pół dnia pisałam kilka podrozdziałów do mojej pracy. Niestety, po formacie mojego małego złoma okazało się, że nie mam Worda. Alternatywą dla mnie jest WPS Writer (cokolwiek to jest). Chwaliłam go sobie, aż do dziś, kiedy wyłączyłam inną kartę i... moja praca legła w gruzach. Dziękuję, pozdrawiam. 




niedziela, 15 listopada 2015

#prayforparis

Po wczorajszym kacu myślałam, że dziś będzie w końcu dobry dzień. Wstałam niczym królowa ze swojego nowego, wygodnego łoża, odpaliłam ekspres do kawy i włączyłam poranne wiadomości. I zdębiałam. To jednak nie był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Rzeczywistość zaczęła mnie przerażać bardziej, niż kiedykolwiek.
Nie mogę w spokoju ducha patrzeć na to, co wydarzyło się we Francji. Nie mogę zrozumieć, jak można komuś od tak odebrać życie. Kupiłeś bilet na koncert ulubionego zespołu, relaksujesz się i nagle stajesz się zakładnikiem, trupem albo uciekinierem. Z okazji rozpoczęcia wolnego, awansu albo w ramach przeprosin wybierasz się na romantyczną kolację ze swoją ukochaną. Masz naprawdę dużo planów na ten wieczór, ale wszystko zostaje zaburzone w klika sekund, bo ktoś tak chciał.
W ciągu jednego wieczoru we Francji śmierć poniosło bardzo dużo niewinnych ludzi, a wielu z nich dalej walczy o życie i tylko Bóg wie, czy z tego wyjdą.
To wszystko wydarzyło się w Paryżu, ale przecież mogło wydarzyć się wszędzie. Tak, boję się. O moich bliskich. O własną dupę. I o Polskę też się boję. Tak, jestem samolubem. Ale w tym samolubstwie znajduję dużą, nawet bardzo dużą cząstkę współczucia dla francuzów. Modlę się za nich, bo to jedyna rzecz, którą mogę zrobić. I proszę, zrób to samo. Chociaż tyle. Albo aż tyle....

#prayforparis


sobota, 24 października 2015

TO TYLKO CHWILA

"Zdarzyłem się Tobie. Ludzie czasem zdarzają się sobie. Oszukujemy się, że mamy nad tym władzę. To nieprawda. Zdarzamy się sobie. Tak. Zdarzyłaś się mi. I boję się, że możesz zdarzyć się komuś innemu."

Zbieram się już od dłuższego czasu, żeby coś tutaj napisać i dać znak, że ze mną wszystko w porządku. Jednak moje lenistwo jest silniejsze, niż przypuszczałam i efekty są jakie są, czyli marne.
Ostatnie dwa miesiące były bardzo intensywne, stąd też ta nieusprawiedliwiona wcześniej cisza. Dziś nie mam nic ciekawego do zaoferowania. Czułam po prostu, że muszę się tutaj pojawić choćby na chwilę. Więc oto jestem, cała i zdrowa. Albo tylko cała.

PS. Właśnie zabieram się za projekt spersonalizowanego kalendarza 2016. Bo zawsze lepsze to, niż pisanie pracy licencjackiej!

środa, 2 września 2015

Pechowiec.

Dziś mam taki dzień, że najchętniej zawinęłabym się w kłębek czegokolwiek i nie wychodziła z moich czterech ścian. Nie lubię, kiedy jednego dnia jest duchota, a drugiego musisz przyodziać przeciwdeszczowy płaszczyk. Zauważyłam, że im starsza jestem, tym częściej mój organizm dobitnie daje mi do zrozumienia, że te zmiany nie są dla mnie. I doświadczam, chodzę ledwo żywa i nie mam ochoty na cokolwiek.
Moje podopieczne działały mi dziś na nerwy i naprawdę bym z chęcią wydusiła to z siebie, ale obowiązuje mnie jakaś tajemnica. Jedyne, co jest jawne, to to, że prawie skręcono mi nadgarstek. I to, że ze strachu uciekłam na inne piętro. I że sześć godzin trwało jak dziesięć.
Najchętniej ucięłabym sobie drzemkę, ale mój nowy pupil jest tak nieznośny, że skacze po mnie i gryzie przy każdej nadarzającej się okazji. Wisienką na torcie (cholera, znowu użyłam tego wyrażenia) jest fakt, że podczas pisania tekstu padł mi prąd, wysiadły korki, a moja nowa ładowarka przestała działać. A ja oczywiście nie złożę reklamacji, bo rachunek podziałam sama nie wiem gdzie. Wiem, że go nie wyrzucałam, ale za cholerę nie wiem, w którym miejscu znajduje się jego aktualne lokum. Cała ja, nie uczę się na błędach! (czyt. bo to już nie pierwszy raz - kiedyś na lotnisku miałam kłopoty, bo papierek od bagażu zostawiłam na warszawskim lotnisku, a w ukochanej Italii ktoś zakosił mi bagaż).
Tym dość pesymistycznym akcentem żegnam się z Wami gorąco w tej zimny i deszczowy wieczór. Pada mi bateria - sami rozumiecie.

Buziak ♥

sobota, 29 sierpnia 2015

O podróżach kilka słów.

Zawsze, ale to zawsze, kiedy muszę położyć się wcześnie spać - cierpię na bezsenność. A już jutro, z samego rana czeka mnie długa podróż do domu i kierowcą jestem oczywiście JA. Oh, zabij. 

Ogólnie chciałam Ci tylko powiedzieć, że nieplanowane wyjazdy to najlepsze wyjazdy! Jeszcze miesiąc temu obawiałam się,że całe wakacje spędzę w rodzinnym miasteczku. I naprawdę nie spodziewałam się, że w przeciągu tygodnia zobaczę tak wiele.
Pierwszego dnia wybrałam się do Graz, przepięknego miasta w Austrii. Żałuję, że nie było ze mną mojej mamy, świetnie by się odnalazła wśród tych pięknych kamieniczek i kawiarence na środku rzeki. Bardzo, bardzo klimatyczne miejsce.
 Potem pojechałam do Chorwacji. Kiedyś miałam okazję podróżować chorwackimi zakrętami, gdzie otaczały mnie lazurowe jeziora, więc byłam zachwycona tym, że zwiedzę Zagrzeb. I niestety, ale nie powaliło. Już na dzień dobry przywitały mnie obskurne blokowce niczym sedesowce z wrocławskiego Manhattan'u. Katedra była ładna, ale największe wrażenie zrobił na mnie cmentarz. I to był koniec wycieczki. Zahaczyłam jeszcze o chorwacką restaurację. Posługując się trzema językami (angielskim, rosyjskim i chorwackim, którego nie znam) zamówiłam tradycjonalne danie. Kelner chyba mnie nie rozumiał, bo dostałam polskie kluski i szwabskie mięso w sosie myśliwskim. Dziękuję, tym akcentem żegnam się z Zagrzebiem.
Następnego dnia, wyskoczyłam do Lublany. Ujęła mnie od samego początku. Te budynki, te uliczki, te kawiarenki nad tamtejszą rzeką. Klimatycznie, piękniej niż w Grazu. I widoki z zamku lepsze niż te z Trzech Krzyży w Wilnie.
 A potem odbiła mi tzw. 'szajba'i wybrałam się do ukochanych Włoch. Obowiązkowo wypiłam espresso i wybawiłam się w Mirabilandii. Wiesz co? To było czyste szaleństwo, jechać 520km (drogą ekspresową 7h) na 7godzin zabawy (czyli 7 atrakcji, bo kolejki ogromne) a potem wrócić do Austrii jak gdyby nigdy nic. Kocham to!
Wisienką na torcie niech będzie wczorajsza wizyta na Grossglockner. 3.798 m.n.p.m i piękne widoki tylko za 35€ (o ironio). Ale opłacalny interes, pokochasz góry dzięki temu lodowcowi. Ja już pokochałam. Mimo, że źle znoszę zmiany zarówno temperatur (lodowiec 18°, droga powrotna 30°) jak i położenia (bo 3.798 a 1.600 to różnica), jestem mega szczęśliwa, że mogłam tu być i tyle zwiedzić. A teraz mykam do łóżeczka, bo niedługo ciężka pobudka. Do następnego.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka