Alicja roześmiała się. - Nie ma celu próbować - powiedziała - nikt nie może uwierzyć w rzeczy niemożliwe. - Wydaje mi się, że niewiele masz wprawy - powiedziała Królowa. - Gdy byłam w twoim wieku, wprawiałam się co dnia przez pół godziny. Ach, czasem udawało mi się uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy już przed śniadaniem.
Udało się! Przetrwałam tę sesję i nie dałam się! Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak leżeć w ciepłym łóżeczku z kubkiem gorącej herbaty i dobrym maratonem filmów. Tego mi trzeba.
Aha! I wszystko się układa, trochę po staremu, trochę po nowemu i znowu jestem szczęśliwa! :)
Zaczęło się. Wpisuję hasło w nonsensopedię, czego zazwyczaj nie robię, ale muszę sobie jakoś poprawić humor. Co widzę? Sesja czyli System Eliminacji Słabych Jednostek Akademickich to nic innego jak sposób uwalniania studenta przez profesorów, pozbawiających go młodzieńczych nadziei i planów na barwne życie studenckie. Stanowi jedyną okazję, aby poznań uniwersytet i wykładowców. To moment, w którym można pożegnać się ze swoim szlacheckim statusem społecznym.
No cóż, to moja pierwsza sesja, którą bardziej przeżywałam w październiku niż teraz. Mam wrażenie, że to po prostu kolejne małe kolokwium, które można poprawić. Wiem, że to nie jest odpowiednie podejście, ale może tak już mają wszyscy, którzy studiują na wuenesie! (znaczy się, na Wydziale Nauk Społecznych).
Jeden egzamin już za mną, mam nadzieję. Wczorajsza praca grupowa na zerówce wyszła całkiem zadowalająco, co oznacza że ferie tuż tuż! Za chwilę stanę oko w oko z psychologią ogólną. Mam wrażenie, że mózg mi paruje i do tej 15.00 niewiele w nim zostanie. Ale to tylko takie gadanie - jestem pełna nadziei i wierzę, że nie taka psychologia straszna jak ją Irenka maluje. Tylko ręka mi drży, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Fizyczność ponad psychiczność.
28.01 - Psychologia Ogólna
30.01 - Wprowadzenie do pedagogiki
03.02 - Teoretyczne podstawy wychowania
Good luck to me!
Jestem zadowolona, jeszcze!
tak na zachętę, żeby się zmotywować!
nieustannie w miłości do Roguckiego, który tu niestety jest drugoplanowy:
Mam na imię Ania - nic szokującego - to już o mnie wiecie. Lubię podróżować i lubię się śmiać, chociaż rzadko zobaczycie mnie uśmiechniętą. Od ponad roku jestem kierowcą, który kompletnie nie zna się na samochodach i ich zawartości. Zdarza mi się jeździć 70km/h na trójce albo na ręcznym. Problemy z komputerem to dla mnie czarna magia. Nie biegam za piłką, za to wyginam śmiało ciało podczas domowego aerobiku. Nie lubię czytać książek, które są mi narzucone z góry. Właściwie, moi znajomi dziwią się, kiedy widzą mnie z jakąkolwiek lekturą w ręku. Czy coś jeszcze? Otóż chyba jestem typową kobietą - mam swoje humory wtedy, kiedy mi się to podoba i nie jest to zależne od pogody ani niczego innego. Czepiam się ludzi, nie po to, żeby im dogryźć. Czepiam się, bo chcę dla nich jak najlepiej. I przyznaję się bez bicia - nie zawsze mam rację, chociaż nawet jak jej nie mam, to staram się udowodnić, że ją mam. Dlaczego? Bo to pewnego rodzaju porażka, a ja boję się porażek. Zawsze miałam to, co chciałam, więc życie za wiele mnie nie nauczyło. Ostatnimi miesiącami walczę sama ze sobą, z jakimiś uczuciami, myślami i próbuję wszystko postawić na jedną krechę. Czy warto? Nie wiem. Poznałam człowieka, który nauczył mnie być szczerą - mówić co mi się podoba, a co nie. Pokazał, że tłumienie emocji nic nie daje i nie mogę być taką szarą myszką. Przestałam być na każde skinienie paluszka. Przestałam walczyć o względy u innych osób i wydawało mi się, że jestem coraz lepszą personą. I nagle ktoś mi mówi, że jestem wredna, a ten, który mnie wiele nauczył stwierdził, że mam dziwny charakter. Trzecia bliska osoba informuje, że jestem upierdliwa, nieciekawa. A ja myślałam, że bycie sobą jest najlepsze, a tu taka niespodzianka...
Odnalazł się. Po prawie 7 latach wrócił do domu. Nie reagował na mój widok, nie ucieszył się, kiedy mnie zobaczył. Nie odzywał się nic - siedział osowiały na swoim ulubionym tapczanie i próbował przyodziać swoją najlepszą piżamkę. Nie wychodziło mu to najlepiej, więc podeszłam pomóc. Spojrzał na mnie małymi oczkami, złapał mnie za rękę, dał buziaka w czółko i wtulił się do mnie, jakby sugerował, że wszystko będzie dobrze. A potem, potem się obudziłam i mój sen się skończył. I może to głupie, ale teraz wiem, że mój brat patrzy na mnie z góry i wspiera mnie na każdym kroku. I trwa nawet wtedy, kiedy robię błędy. I ociera mi łzy, kiedy płaczę, i śmieje się razem ze mną, kiedy się śmieję. Po prostu czuwa.
Czas zakończyć ten błogi stan, gdzie do południa wylegiwałam się pod ciepłą kołderką i śmigałam to tu, to tam. Czas wrócić to tak zwanej rzeczywistości, która czeka mnie w stolicy Warmii. Ale, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce....
Myślałam, że zacznę go hucznie, że pierwsze dni będą przepełnione radością spowodowaną nowym, lepszym rokiem. I nawet nie mogę pojąć tego, jak bardzo się myliłam. Upadłam i ciężko mi się podnieść. Wszystko wkoło wydaje się być tak bardzo obce, że mam poczucie samotności, okropnej pustki i tego, że nikt mnie tutaj nie potrzebuje. Czuję jakby łzy wypalały mi policzki, a nos był podrażniony od szorstkiego papieru. Zawsze tak mam - na wszystko reaguje płaczem, zamykam się i leżę bezczynnie pół dnia. Nie jem, nie piję - tak jakby mnie nie było.
Czekają mnie ciężkie dni, o których nawet nie chcę myśleć, których się boję bardziej niż matury czy nadchodzącej sesji.
Niech ten rok się już skończy.
Styczeń. Nowy rok powitałam w gronie przyjaciół, zmarzłam w stópki i dostałam od Marty skarpetki, które do tej pory leżą gdzieś tam w mojej szafie (Marta, przecież Ty ich już nie chcesz.. :D). Szał zakupów, sukienka na ostatnią chwilę i udana studniówka! Impreza była niesamowita! Luty. Ostatnie naste urodziny i niechciana choroba babci - teraz jest już lepiej i wszyscy jesteśmy zadowoleni Marzec. Poza Świętem Wielkiej Nocy nic szczególnego chyba się nie działo.... Kwiecień. Absolwentka IV Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie. Maj. Ogólnopolska katastrofa - czyli matura 2013 Czerwiec. Potrójne radości - Ramsowo holiday party, wyjazd do Warszawy i pozytywne wyniki matury! Lipiec. Studentka oligofrenopedagogiki i łamaga na kajakach - chapeau bas Czarek! Sierpień. Najpiękniejszy miesiąc, piękny czas, którego nie mogłam sobie lepiej wymarzyć! Wrzesień. Siostra została panią magister, a ja zarejestrowałam się jako potencjalny dawca szpiku - moja duma! Październik. Nowe twarze, nowe znajomości - UWM wita! Listopad. Jeden z lepszych i jeden z najgorszych miesięcy tego roku! Grudzień. 2 lata blogaska. Pierwszy mandat! Pięciokilometrowy spacer nocą. Kolędowanie. Święta bez śniegu, spędzone w najlepiej wymarzony sposób - rodzinna wigilia i przyjacielski pierwszy dzień świąt. Wątpliwości zostały rozwiane.
MIGAWKI 2013,
czyli co aparat uchwycił...
WSZYSTKIM NAM ŻYCZĘ UDANEJ ZABAWY SYLWESTROWEJ I MAM NADZIEJĘ, ŻE ROK 2014 UCZYNIMY JESZCZE LEPSZYM.
Życzenia świąteczne? Tylko jedno, to najważniejsze.
Postanowienia świąteczne? Nie naprzykrzać się.
Już wcześniej chciałam napisać tu jakiś świąteczny post, z życzeniami i innymi duperelami, ale po raz pierwszy w życiu byłam tak pochłonięta przygotowaniami, że sprawy internetowe wyleciały mi z głowy. Od samego przyjazdu nastrajałam się, żeby poczuć ten klimat. W piątek wybrałam się na spotkanie przy szopce (jest piękna i nadal nie mogę się nadziwić, że jeszcze stoi i nikt jej nie popsuł, bo niestety u nas tak to bywa, że coś nowego się pojawi i po dniu zostanie zdewastowane). W sobotę uczestniczyłam w akcji "Jest taki dzień" - to taki można rzec kolędowy flash mob. A potem już tylko świąteczne porządki i wszystko inne z nimi związane. W między czasie dostałam wiadomość z informacją o niezaliczonym kolokwium, a potem za wycieraczkami mojego (już!) auta zobaczyłam świstek papieru - mój pierwszy w życiu mandat. Ale ani to ani to nie popsuło mi bożonarodzeniowego nastroju.
Święta? Wigilia w gronie rodzinnym i przyjacielskim - bardzo dobry czas. Pierwszy dzień świąt to coś w stylu znanego wszystkim Kevina - Ania zostaje sama w domy na święta, ale to jej własny wybór, trochę z lenistwa, trochę z nadziei. A potem zasiądzie pod ciepłą kołderką, popije gorącą herbatką z miodem i będzie się pilnie uczyć do kolokwium i do nadchodzącej wielkimi krokami sesji. Urok życia studenckiego? Nie wiem.
Dostałam wiele życzeń, przeróżnych - dużo było szczerych. Bardzo za nie dziękuję i cieszę się, bo to znak że chociaż od święta, (ale nie tylko!) to ktoś o mnie pamięta. Chciałabym coś dodać, poskarżyć się, ale za każdym razem kiedy coś takiego tutaj napiszę wciskam 'backspace" i myślę sobie: chociaż jeden dzień bez narzekania! :) I nawet mi to wychodzi!:)
Życzę Wam wszystkim wesołych, zdrowych i spędzonych w rodzinnej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia. Pamiętajcie o Tym, który jest w te święta najważniejszy.
Do odważnych świat należy.
Po ostatniej weekendowej nocy wiem, że ja jestem odważna. Od dziecka boję się ciemności. Boję się przebywać sama w domu, a co dopiero wyjść gdzieś poza. A jeden telefon zmienił moje podejście do tej sprawy. I tak oto, o drugiej w nocy wybrałam się na pięciokilometrowy olsztyński spacer, żeby uratować jeden, zalany tyłek. Cały strach odszedł na bok. Samotności nie było, bo mam dobrych przyjaciół, którzy wspierali mnie telefonicznie w tej wędrówce. Warto było? Warto. The uninvited.
Bóle mięśniowe, przezroczysta wydzielina z nosa, zaczerwienione oczy i gorąca głowa. Ciepły polar z kocykiem, plusowa temperatura pokojowa, a człowiekowi dalej zimno. Choroba chyba zbliża się wielkimi krokami. I tak mnie męczy, dołuje i uciec nie chcę. A ja jej teraz nie potrzebuję, nie chcę. Idź sobie precz! Koła, kolokwia, kolunieńka.
Zaczął się ten czas, kiedy trzeba coś zaliczyć, żeby podejść do zimowej sesji. I chociaż ochota, żeby się pouczyć jest (niewielka, ale to zawsze coś), to ciało odmawia posłuszeństwa. Materiału, wbrew pozorom jest mało, ale głowa, w której dudni jakbym była po tygodniowej imprezie, nie dopuszcza do siebie żadnych treści. Kolokwium już jutro, a czas ucieka.
Święta.
Zbliżają się wielkimi krokami, chociaż ja zupełnie ich nie czuję. Za pięć dni będę śpiewać kolędy przy wigilijnym stole. To dziwne uczucie, bo kiedy wyjrzę za okno widzę październik. Przechadzałam się dzisiaj po olsztyńskich uliczkach i mijałam świąteczne stoiska. Zapach choinek, widok świecidełek, bombek. Świąteczne wystawy sklepowe, św. Mikołaj na Wydziale Nauk Społecznych i puste portfele. A ja dalej nie czuję, że święta tuż tuż...
Zbieram się już od dłuższego czasu, żeby coś tutaj napisać i dać znak, że ze mną wszystko w porządku. Chociaż, tak naprawdę sama nie wiem, czy jest dobrze, czy tylko tak sobie wmawiam? Jedno jest pewne - powoli staję na nogi. A po drodze natrafiam na przeszkody w postaci analizy każdego gestu, ruchu, każdego dotknięcia. I trochę chciałabym cofnąć czas, ale przecież tak się nie da. Trzeba iść do przodu i wstawać po każdym kolejnym upadku. Piszę to i piszę, i myślę: cholera, czym sobie na to zasłużyłam? Jedno pytanie, a w głowie aż huczy od wielu odpowiedzi. Pięć prostych słów, które wywołują łzę w oku.
Oto to, co u mnie słuchać, w wielkim skrócie. A jeśli chodzi o studia - radzę sobie całkiem dobrze i umiem przedstawić się w języku migowym - pierwsze koty za płoty!
"december - a month of light, snow and feast; time to make amends and tie loose ends, finish off what you started and hope your wishes come true"
No i mamy grudzień, chociaż za oknem pogoda raczej wczesnolistopadowa. Deszczowo i chłodno, bez żadnych oznaków nadchodzącej zimy. Za chwilę już święta i jakoś nie uśmiecha mi się buszowanie po centrach handlowych w poszukiwaniu prezentów - zawsze mam z tym problem, bo ciężko trafić w gusta mojej zmiennej rodzinki.
Chciałabym napisać, że ogólnie to wszystko się układa, ale to chyba byłoby perfidne kłamstwo. Myślałam, że po tym wszystkim będę twarda niczym skała, a okazuje się, że z dnia na dzień staję się coraz bardziej "miętka". W głowie ciągle tylko jedna myśl, że "to jest silniejsze ode mnie". Nie wiem już czego chcę, czy warto wchodzić kolejny raz do tej samej rzeki? Kiedyś już podjęłam taką decyzję, ale tamta Ania już nie istnieje. Jedyne co z niej pozostało, to ta naiwność, męcząca naiwność. Więc nie, chyba nie wszystko się dobrze układa.
Dodatkowo jestem strzępkiem nerwów, wieczorną płaczką i abstynentką, dziewczyną, która musi zmienić styl życia, dla trzech (nie)głupich dolegliwości. A żeby było przyjemniej - w odstawkę idą wszystkie ulubione produkty, napoje i owoce! Tak, żeby umilić moje życie.
It's not like you to say sorry I was waiting on a different story This time I'm mistaken For handing you a heart worth breaking
Jeden werset, który tak naprawdę wyraża wszystko, co teraz się dzieje. Jestem zmęczona, podpuchnięta. Mam dość społeczeństwa, najchętniej odizolowałabym się od wszystkiego, zamknęła się w pokoju z poduszką i kołdrą naciągniętą na głowę. Zwinęłabym się jak kłębek włóczki i przeleżała wieczność. Przyjechałam wczoraj do domu, chociaż teraz powinnam siedzieć na wykładzie z historii wychowania i myśli pedagogicznej. I dziś przychodzi mi wracać do olsztyńskich czterech kątów przepełnionych wspomnieniami.
Wstałam rano i dostałam kilka wiadomości, z krótkim pytaniem o to, jak się czuję. Mówię, że dobrze, bo przecież chcę pokazać, jaka jestem silna. Ale nie wierzcie w to. To tylko stek bzdur, w które łatwo uwierzyć.
Chciałabym, żebyś był szczęśliwy i nigdy się nie poddawał tylko walczył do końca. Masz wiele pasji, którymi możesz zarażać innych ludzi, więc rób to. Stawiaj sobie wyzwania, angażuj się w nie, bo to sprawia Ci niesamowitą przyjemność. Uśmiechaj się - z uśmiechem Ci do twarzy, a ponadto ponoć można nim zarażać, więc śmiało, zarażaj. I pamiętaj - wszędzie tam gdzie jesteś, niezależnie od tego, co akurat robisz - jestem i możesz na mnie liczyć.
"a my z wiecznego niepokoju, z przelotów wiatru z garści cienia, z brzóz przedwieczornych, które stoją nad cichą rzeką zapomnienia"
Przyszedł czas na pierwszą samotną noc na stancji. Tylko ja i cisza. Obejrzałam już specjalny odcinek "Ugotowanych", gdzie Szpak wybrzydzał wszystko, co się dało, a Marta z Natalią zyskały moją sympatię. Zdążyłam rozpisać sobie treningi na następne 30 dni i ogarnąć mały nieporządek po moim gościu, któremu prezent urodzinowy przypadł do gustu, z czego bardzo się cieszę. Znalazłam też lekarza, z którym czekają mnie mało przyjemne badania, ale przecież "zdrowie najważniejsze". Pojechałam nawet do centrum i kolejny raz dałam się ponieść emocjom i zakupiłam brzoskwiniową spódnicę. I tylko jedno pytanie: do czego będę ją nosić? Z nadzieją na oderwanie się od rzeczywistości, włączyłam jednego z najlepszych polskich wykonawców - Piotra Roguckiego, zamknęłam sobie oczy i wystarczyła chwila, żeby wspomnienia do mnie wróciły.
Wspomnienia... miałam o nich ostatnio na psychologii, ale niestety niewiele z tego pamiętam - to wynik rozwiązywania krzyżówek z powodu dość nudnie prowadzonych zajęć (jest na co zwalać!). Otwieram szafkę i wypada mi kolorowy mały zeszyt, a w nim dwadzieścia kartek z wyznaniem miłości, tęsknotą, obrazą i tak w kółko. Wspomnienie numer jeden, trzeba zapomnieć, bo to zmarnowany czas, którego żałuję do tej pory. Byłam niedojrzałą, egoistyczną gówniarą, która była tak zaślepiona niby miłością, że zapomniała o całym świecie. Cóż, człowiek na błędach się uczy.
Wspomnienie numer dwa to to, kiedy sami nie wiemy czego chcemy i robimy wszystko to, czego robić nie powinniśmy. Jestem już trochę dojrzalsza. Z perspektywy czasu wiem, że popełniliśmy dużo błędów. Spoglądając na to przez pryzmat tego, co dzieje się teraz, cieszę się, że daliśmy spokój i każdy z nas żyje swoim własnym życiem. Lepiej późno, niż wcale.
Sierpień i wrzesień - najlepsze dwa miesiące w roku dwa tysiące trzynastym. To najlepsze wspomnienia, które wywołują motyle w brzuchu. Tyle ciepłych słów, gestów. Teraz jest dobrze, ale wdarła się rutyna, której nie umiemy złamać. Tęsknię do tych miesięcy, kiedy docenialiśmy każdą razem spędzoną minutę i każdy gest.
Piszę to teraz i myślę: kurde, jak to romantycznie brzmi :) Patrzę na cały tekst i myślę sobie: kurczę, trochę to długie, chyba aż za... Patrzę na zegarek: 20:34 i myślę: zamiast leżeć w łóżku, załóż dres, jakiś t-shirt, wygodne buty i pozwiedzaj okolicę biegając. Słuchając siebie samej - zakładam słuchawki i biegnę tam, gdzie mnie nogi poniosą. :)
z potrzeby słuchania Roguckiego, który oczarował mnie swoim głosem,
Długi weekend dobiegł końca. Chociaż z określeniem "długi" mogłabym się sprzeczać, bo przecież każdy mój weekend wygląda tak samo - od czwartku do niedzieli, wiec jaki to długo wyczekiwany długi weekend? W każdym bądź razie, to były ciężkie, samotne dni. Zaplanowałam sobie tak wiele wizyt, tak wiele miłości, a wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Żołądek ponownie został zaatakowany, więc spędzając dzień w łóżku, miałam wiele czasu do namysłu. Co wymyśliła moja mało mądra głowa? Mało mądre stwierdzenie, że nie ma we mnie miłości. Że nie potrafię kochać, że to tylko uzależnienia od bycia przy kimś. Ale chyba nie jest ze mną do końca tak źle, bo wiem, że to tylko taka gadanina, bo gdzieś tam w sercu jest ten płomień, który symbolizuje jakąś miłość. Samotne cztery dni, kiedy nikt nie interesował się moją osobą, nikt nie zapytał, co u mnie słychać, czy potrzebuję pomocy. Wyczuwam nutę egoizmu, za którą przepraszam. Dodatkowo, na stancji czekała mnie niespodzianka w postaci zalanego mieszkania. Leżę w łóżeczku i podziwiam dużą, brzydką plamę nad drzwiami, którą zawdzięczam pijanemu sąsiadowi studentowi, któremu przypomniało się, że nie ma na jutro gaci, więc trzeba zrobić pranie, ostatnie pranie, bo przecież w tym tygodniu trzeba się wyprowadzić, bo sąsiedzi są niemili. Enough!
Jest taki ktoś, kto dziś obchodzi kolejną osiemnastkę! Ktoś, kto gotuje najlepiej na świecie i lubi się ze mną droczyć. Ktoś, kto nie wie o istnieniu tego bloga, ale może kiedyś, (nie)przypadkowo zobaczy ten wpis i uśmiechnie się pod noskiem. Wszystkiego najlepszego Mamuś! :*