Strony

poniedziałek, 18 stycznia 2016

presja sesja sresja, wymiękam.


Kiedy zbliża się sesja, masz naprawdę dużo czasu na ogarnianie życia i tego bałaganu, który pozostawiło się na różnych stronach.
Przede mną leżą pomazane notatki z głębszej niepełnosprawności, a w telefonie gdzieś notatki z zatrudniania niepełnosprawnych. I czuję jakieś wypalenie przedzawodowe i mam ochotę napisać podanie do dziekana i bez szwanku wylecieć z uczelni i zacząć wszystko od nowa. Powstrzymuje mnie jedynie fakt, że wniosłam już tak dużo w te studia, że grzechem by było ich nie skończyć.
To nie jest mój dzień, zdecydowanie.
PS. Postanawiam poprawę, bo przecież sesja i te sprawy!

niedziela, 10 stycznia 2016

"Chętnie pójdę z Owsiakiem do piekła"

Kolejny finał Wielkiej Orkiestry i kolejne zamieszania w świecie, którym rządzą media. Ostatnio przed komputerem siedzę krótko i nie mam czasu przeglądać nowinek na osi czasu, ale dziś nadarzyła się dobra okazja. Więc zaciekawiona wchodzę i pierwsze co widzę:
  1. Owsiak! Jesteś skończony oszuście!
  2. Bardzo lubię wspierać różne organizacje (np. PAH, Caritas) Ale nie wszystko MUSZĘ lubić. I nie we wszystkim brać udział. 
  3. Jesteśmy na tak dla WOŚP , Nie dla zawistnych malkontentów.
I chciałabym wyłączyć internet. 

Zdarza mi się wrzucić do puszki jakieś drobne. Czasami jednak zdarza mi się, że do puszki nie wrzucę ani grosza. Nie znam ani jednej osoby, która została wyleczona dzięki sprzętom zakupionym przez pana Jurka. Ale nie znam też ani jednej, która by z tego powodu cierpiała. Rzadko bywam w szpitalach, ale kiedy już to robię, wszędzie widzę że w szpitalu znajduje się sprzęt ufundowany z fundacji WOŚP. Nie obchodzi mnie to, że za część kwoty wybudowano siedzibę WOŚP. Chwileczkę, przecież Caritas też ma swoją siedzibę. PAH i inne organizacje też na pewno ją mają. Z czego ją zbudowano? Jakoś trzeba sobie radzić.

Dlaczego w ludziach jest tyle jadu? Dlaczego katolicy są tak zawistni jeżeli chodzi o pana Owsiaka? Przecież on im nie robi krzywdy. Ksiądz staje na ambonie i cytuje Pismo Święte, że trzeba pomagać i szanować drugiego człowieka. Po czym dodaje, że wspieranie Owsiaka to grzech. Czy to aby nie paradoks? Ks. Kaczkowski powiedział kiedyś, że chętnie pójdzie z Owsiakiem do piekła. Zatem, do piekła pójdę i ja! Z chęcią. Jeżeli chęć pomocy ma być karane piekłem - proszę szykować tam dla mnie miejsce, bowiem całe moje życie wiążę z pomocą potrzebującym. Amen.

czwartek, 31 grudnia 2015

2015

Ludzie mówią, że jaki sylwester taki cały rok. Ten rok udowodnił, że jednak nie wszyscy mają rację. Pierwszy dzień stycznia był najgorszym dniem, który zapamiętam do końca życia, to śmiało mogę powiedzieć, że przeżyłam jeden z lepszych roków w moim życiu, a miałam ich już dwadzieścia jeden.
Jestem szczęśliwa, a to chyba najważniejsze!
Takiego szczęścia Wam życzę, z całego serducha :)




czwartek, 24 grudnia 2015

MAGIA ŚWIĄT

Kiedy w powietrzu unosi się zapach pieczonych pierników, a mama nabija goździkami ulubione cytrusy, to wiesz, że zbliża się Boże Narodzenie!

Z tej okazji chciałabym Wszystkim życzyć zdrowych, wesołych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Żeby sesja znowu nie zaskoczyła studentów swoją obecnością a każde marzenie znalazło czas na swoją realizację. I żebyśmy w tym całym świątecznym zamieszaniu nie zapomnieli, że to nie my i rodzina są dziś najważniejsi! :)


piątek, 27 listopada 2015

Narzekadło tutaj spadło

Pisanie pracy dyplomowej jest do bani. Zazdroszczę każdemu, kto wie jak się do tego zabrać, bo osobiście jestem w czarnej dupie! 


Miałam tyle planów na ten tydzień, ale wszystko poszło w las, bo kolejny raz dopadło mnie wstrętne przeziębienie. Zatoki mi zaraz eksplodują, a w nosie mam papryczkę chili, a nawet dwie. A chciałam wyskoczyć na basen, pojeździć za darmo na łyżwach i wybrać się w końcu na romantyczną, zimową komedię. Może to jakiś znak, żebym ruszyła swoje leniwe cztery litery i dokończyła chociaż jeden rozdział? Zalegam z oddaniem już jakieś dwa tygodnie, więc byłoby miło, gdybym to w końcu zrobiła? Tak, to chyba dobry plan. 

EDIT: Myślałam, że to się zdarza tylko na filmach i głupich opowieściach, ale to jednak prawda. Pół dnia pisałam kilka podrozdziałów do mojej pracy. Niestety, po formacie mojego małego złoma okazało się, że nie mam Worda. Alternatywą dla mnie jest WPS Writer (cokolwiek to jest). Chwaliłam go sobie, aż do dziś, kiedy wyłączyłam inną kartę i... moja praca legła w gruzach. Dziękuję, pozdrawiam. 




niedziela, 15 listopada 2015

#prayforparis

Po wczorajszym kacu myślałam, że dziś będzie w końcu dobry dzień. Wstałam niczym królowa ze swojego nowego, wygodnego łoża, odpaliłam ekspres do kawy i włączyłam poranne wiadomości. I zdębiałam. To jednak nie był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Rzeczywistość zaczęła mnie przerażać bardziej, niż kiedykolwiek.
Nie mogę w spokoju ducha patrzeć na to, co wydarzyło się we Francji. Nie mogę zrozumieć, jak można komuś od tak odebrać życie. Kupiłeś bilet na koncert ulubionego zespołu, relaksujesz się i nagle stajesz się zakładnikiem, trupem albo uciekinierem. Z okazji rozpoczęcia wolnego, awansu albo w ramach przeprosin wybierasz się na romantyczną kolację ze swoją ukochaną. Masz naprawdę dużo planów na ten wieczór, ale wszystko zostaje zaburzone w klika sekund, bo ktoś tak chciał.
W ciągu jednego wieczoru we Francji śmierć poniosło bardzo dużo niewinnych ludzi, a wielu z nich dalej walczy o życie i tylko Bóg wie, czy z tego wyjdą.
To wszystko wydarzyło się w Paryżu, ale przecież mogło wydarzyć się wszędzie. Tak, boję się. O moich bliskich. O własną dupę. I o Polskę też się boję. Tak, jestem samolubem. Ale w tym samolubstwie znajduję dużą, nawet bardzo dużą cząstkę współczucia dla francuzów. Modlę się za nich, bo to jedyna rzecz, którą mogę zrobić. I proszę, zrób to samo. Chociaż tyle. Albo aż tyle....

#prayforparis


sobota, 24 października 2015

TO TYLKO CHWILA

"Zdarzyłem się Tobie. Ludzie czasem zdarzają się sobie. Oszukujemy się, że mamy nad tym władzę. To nieprawda. Zdarzamy się sobie. Tak. Zdarzyłaś się mi. I boję się, że możesz zdarzyć się komuś innemu."

Zbieram się już od dłuższego czasu, żeby coś tutaj napisać i dać znak, że ze mną wszystko w porządku. Jednak moje lenistwo jest silniejsze, niż przypuszczałam i efekty są jakie są, czyli marne.
Ostatnie dwa miesiące były bardzo intensywne, stąd też ta nieusprawiedliwiona wcześniej cisza. Dziś nie mam nic ciekawego do zaoferowania. Czułam po prostu, że muszę się tutaj pojawić choćby na chwilę. Więc oto jestem, cała i zdrowa. Albo tylko cała.

PS. Właśnie zabieram się za projekt spersonalizowanego kalendarza 2016. Bo zawsze lepsze to, niż pisanie pracy licencjackiej!

środa, 2 września 2015

Pechowiec.

Dziś mam taki dzień, że najchętniej zawinęłabym się w kłębek czegokolwiek i nie wychodziła z moich czterech ścian. Nie lubię, kiedy jednego dnia jest duchota, a drugiego musisz przyodziać przeciwdeszczowy płaszczyk. Zauważyłam, że im starsza jestem, tym częściej mój organizm dobitnie daje mi do zrozumienia, że te zmiany nie są dla mnie. I doświadczam, chodzę ledwo żywa i nie mam ochoty na cokolwiek.
Moje podopieczne działały mi dziś na nerwy i naprawdę bym z chęcią wydusiła to z siebie, ale obowiązuje mnie jakaś tajemnica. Jedyne, co jest jawne, to to, że prawie skręcono mi nadgarstek. I to, że ze strachu uciekłam na inne piętro. I że sześć godzin trwało jak dziesięć.
Najchętniej ucięłabym sobie drzemkę, ale mój nowy pupil jest tak nieznośny, że skacze po mnie i gryzie przy każdej nadarzającej się okazji. Wisienką na torcie (cholera, znowu użyłam tego wyrażenia) jest fakt, że podczas pisania tekstu padł mi prąd, wysiadły korki, a moja nowa ładowarka przestała działać. A ja oczywiście nie złożę reklamacji, bo rachunek podziałam sama nie wiem gdzie. Wiem, że go nie wyrzucałam, ale za cholerę nie wiem, w którym miejscu znajduje się jego aktualne lokum. Cała ja, nie uczę się na błędach! (czyt. bo to już nie pierwszy raz - kiedyś na lotnisku miałam kłopoty, bo papierek od bagażu zostawiłam na warszawskim lotnisku, a w ukochanej Italii ktoś zakosił mi bagaż).
Tym dość pesymistycznym akcentem żegnam się z Wami gorąco w tej zimny i deszczowy wieczór. Pada mi bateria - sami rozumiecie.

Buziak ♥

sobota, 29 sierpnia 2015

O podróżach kilka słów.

Zawsze, ale to zawsze, kiedy muszę położyć się wcześnie spać - cierpię na bezsenność. A już jutro, z samego rana czeka mnie długa podróż do domu i kierowcą jestem oczywiście JA. Oh, zabij. 

Ogólnie chciałam Ci tylko powiedzieć, że nieplanowane wyjazdy to najlepsze wyjazdy! Jeszcze miesiąc temu obawiałam się,że całe wakacje spędzę w rodzinnym miasteczku. I naprawdę nie spodziewałam się, że w przeciągu tygodnia zobaczę tak wiele.
Pierwszego dnia wybrałam się do Graz, przepięknego miasta w Austrii. Żałuję, że nie było ze mną mojej mamy, świetnie by się odnalazła wśród tych pięknych kamieniczek i kawiarence na środku rzeki. Bardzo, bardzo klimatyczne miejsce.
 Potem pojechałam do Chorwacji. Kiedyś miałam okazję podróżować chorwackimi zakrętami, gdzie otaczały mnie lazurowe jeziora, więc byłam zachwycona tym, że zwiedzę Zagrzeb. I niestety, ale nie powaliło. Już na dzień dobry przywitały mnie obskurne blokowce niczym sedesowce z wrocławskiego Manhattan'u. Katedra była ładna, ale największe wrażenie zrobił na mnie cmentarz. I to był koniec wycieczki. Zahaczyłam jeszcze o chorwacką restaurację. Posługując się trzema językami (angielskim, rosyjskim i chorwackim, którego nie znam) zamówiłam tradycjonalne danie. Kelner chyba mnie nie rozumiał, bo dostałam polskie kluski i szwabskie mięso w sosie myśliwskim. Dziękuję, tym akcentem żegnam się z Zagrzebiem.
Następnego dnia, wyskoczyłam do Lublany. Ujęła mnie od samego początku. Te budynki, te uliczki, te kawiarenki nad tamtejszą rzeką. Klimatycznie, piękniej niż w Grazu. I widoki z zamku lepsze niż te z Trzech Krzyży w Wilnie.
 A potem odbiła mi tzw. 'szajba'i wybrałam się do ukochanych Włoch. Obowiązkowo wypiłam espresso i wybawiłam się w Mirabilandii. Wiesz co? To było czyste szaleństwo, jechać 520km (drogą ekspresową 7h) na 7godzin zabawy (czyli 7 atrakcji, bo kolejki ogromne) a potem wrócić do Austrii jak gdyby nigdy nic. Kocham to!
Wisienką na torcie niech będzie wczorajsza wizyta na Grossglockner. 3.798 m.n.p.m i piękne widoki tylko za 35€ (o ironio). Ale opłacalny interes, pokochasz góry dzięki temu lodowcowi. Ja już pokochałam. Mimo, że źle znoszę zmiany zarówno temperatur (lodowiec 18°, droga powrotna 30°) jak i położenia (bo 3.798 a 1.600 to różnica), jestem mega szczęśliwa, że mogłam tu być i tyle zwiedzić. A teraz mykam do łóżeczka, bo niedługo ciężka pobudka. Do następnego.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Yep, I'm leaving!



Brakuje mi ostatnio weny na opisanie tego, co dzieje się dookoła. Przed chwilą miałam stresujący okres egzaminów, a już dosięga mnie połowa sierpnia. Kiedy to tak zleciało? 
Oczywiście, na te wakacje miałam dużo planów. Miałam odwiedzić ukochaną Italię, napisać chociaż rozdział pracy licencjackiej i odnowić stare znajomości. Jak się domyślasz, wyszło zupełnie inaczej. Do Italii nie pojechałam (chociaż, to jeszcze nie takie pewne!), nie napisałam nawet zdania, a co dopiero całego rozdziału do licencjatki, a ze znajomościami jest tak, że jestem tak zabiegana, że nie mam czasu nawet na te świeże. I sama nie wiem, co takiego robię, że nie mam czasu. Bo przecież siedzę w rodzinnym miasteczku, gdzie nie ma życia już po 21. 
Wracając jednak do podróży - za równo trzy tygodnie zaczynam praktyki, więc ten czas muszę wykorzystać w 100%. Zatem w najbliższą niedzielę opuszczę upalną Polskę i wyruszę w europejską podróż. Pierwszy przystanek - Austria. Zostanę tam na dwa tygodnie, ale nie wiem jak to wszystko się potoczy. Słyszałam, całkiem przypadkiem, że w planach jest Serbia. A ja w planach mam także włoskie espresso, więc sama nie wiem, co będę robić w alpejskich rejonach. Mam tylko nadzieję, że chociaż trochę uda mi się coś zwiedzić. 

środa, 29 lipca 2015

Frycek.

Ponad tydzień temu w moim domu pojawił się nowy lokator. I tak, jak przez pierwsze klika dni darzyłam go naprawdę wielką sympatią, tak teraz z chęcią bym go oddała, ale nie mogę. Bo kot to odpowiedzialność. 
Koty w moim życiu są od kiedy pamiętam. Pierwszy, Bonifacy musiał pojawić się w okresie, kiedy nie miałam tej świadomości, że kot to kot. Poznałam go, kiedy był już dorosłym kotem. Kiedyś pojechałam na wakacje, zostawiając go pod opieką najbliższych. Biedak pewnego dnia wyszedł i już nie wrócił.
Jako, że kocia z nas rodzina, to razem z przeprowadzką, przygarnęliśmy Cudaka. Imię jak imię, odzwierciedlało jego duszę. (wiem, według Kościoła zwierzęta nie mają duszy, chrzanić to). Więc kiedy rozwinął się w pełni, był zaradny itd itp, to postanowiliśmy adoptować Czupura. I z całym szacunkiem dla niego, ale to był błąd. Początkowo była straszna spina - jeden zazdrosny o drugiego, kłótnie,bójki, po prostu masakra. Mały podrósł i duży poszedł w siną dal.
Czupur był z nami najdłużej. Myślę, że nie skłamię, kiedy powiem że jakieś osiem lat. Był oczkiem w głowie tatusia. Naprawdę, traktował go lepiej niż nas :) Słał mu łóżko, karmił i oglądał z nim mecze. Ale w styczniu i on nas opuścił.
Postanowiliśmy dać sobie spokój z tymi małymi stworami. To chyba jakieś fatum, że każdy nasz kot od nas uciekał, chociaż wcale nie było u nas tak źle (a przynajmniej my tak uważamy).
Ale w pracy okociła się kotka i trzeba było rozdać maluchy po dobrych ludziach i tak oto mamy Frycka. Początkowo byłam z niego bardzo dumna, co potwierdzą moi znajomi. Kot do rany przyłóż. Nie gryzie, bawi się spokojnie. Załatwia się do kuwety, po prostu anioł, nie kot. A teraz się chyba zadomowił, bo robi wszystkie zakazane rzeczy.

Najlepsze miejsce do zabawy to stół. 
Najlepsza kuweta to moje łóżko.
Najlepsza pora do zabawy, to pierwsza w nocy.
Najlepsze jedzenie to niekocie jedzenie.
Najlepsza rzecz na ćwiczenie zębów, to moje nogi. 

I już mam dość ciągłego biegania za Fryckiem i pokazywania, co wolno a co nie. A najśmieszniejsze (już nie dla mnie, tylko dla gości) jest fakt, że on wie, że to co robi jest złe. Ale robi to dalej, a potem bawi się w chowanego, żeby od nikogo przypadkiem nie oberwać.
Nie lubię go dziś, bo zamiast odpocząć, musiałam zmienić pościel. Doprawdy, nie pamiętam, kiedy ostatni raz moja pościel była zmieniana niemal codziennie.

Ale mimo wszystko. Mam nadzieję, że chociaż Frycek zostanie z nami do końca dni. Swoich, albo naszych. Ale do końca. ♥

wtorek, 30 czerwca 2015

celebrate pride czyli tęczowy zawrót głowy




Ostatnio na najbardziej popularnym portalu społecznościowym moją tablicę zaczęły przepełniać kolorowe zdjęcia, a dokładniej zdjęcia otoczone tęczowym filtrem. Na początku zgłupiałam, bo nie wiedziałam o co chodzi. Teraz już wiem, ale chyba nie do końca pojmuję sens. 
To nie tak, że jestem nietolerancyjna i wyzywam wszystkie pary homoseksualne. Wychodzę raczej z założenia, że to ich życie, więc robią to, co im się podoba. Oni nie ingerują w moje życie, więc dlaczego ja miałabym to robić? Nie przeszkadza mi mężczyzna, który łapie za tyłek drugiego mężczyznę. Nie przeszkadza mi kobieta, która całuje inną kobietę. I nie przeszkadzają mi ich relacje intymne, bo to nie moja broszka. 
Zacznijmy od tego, że legalizacja nie oznacza od razu tego, że staną oni na ślubnym kobiercu. Chodzi tu raczej o wspólne kredyty, o dziedziczenie, o udzielenie informacji o stanie zdrowia. Czy to naprawdę tak wiele? 

Zostałam wychowana po katolicku. Jestem z wierzącej rodziny. Całe życie wpajano mi zasady, przekazywano mi pewne wzorce. Że pełną rodzinę tworzą mama, tata i dzieci. I z tą rodziną, a raczej z tymi dziećmi się zgodzę. Dlatego nie jestem za tym, aby pary homoseksualne mogły adoptować dzieci. Wiem, tzn, domyślam się, że dziecko to spełnienie, duża dawka radości ale i poświęcenia. I zdaję sobie sprawę z tego, że tacy rodzice mogą być lepszymi rodzicami, niż matka alkoholiczka i ojciec odcięty od rodziny. Ale w życiu dziecka są takie rzeczy, które robi tylko z MAMĄ i takie, które robi tylko z TATĄ. Nie oszukujmy się - facet nie zastąpi MAMY a kobieta nie zastąpi TATY. I pewne wzorce zostaną zakłócone. 

Ale czy możemy odbierać im szczęście, wynikające z bycia razem? Ja wiem, że może dla Ciebie brzmi to komicznie. Ale nie bądź samolubem i postaw się w ich sytuacji. A przecież Kościół kocha każdego bezwarunkowo. Przecież dla Boga wszyscy jesteśmy równi. To dlaczego nie możemy być równi tu, na ziemi? 

Tak, jestem za legalizacją związków homoseksualnych.
Za częścią tej legalizacji.

A może nie jestem wcale, bo mam swoje życie?
Ale musiałam włożyć swoje dwa grosze, bo tęcza na fejsie doprowadza mnie do szału. 

wtorek, 23 czerwca 2015

23.06.2015

Kiedy tak czytam podziękowania dla rodziców z okazji ich święta, to przewracam oczami i uświadamiam sobie, że te wszystkie listy, za co kocha się swoją mamę albo tatę, są pisane pół żartem, pół serio. Nie znam żadnego człowieka, który potrafi dosłownie wszystko, który jest idealny pod każdym względem.


Ale znam mojego Tatę. Dla którego zawsze wyglądam olśniewająco, chociaż na mnie nie spojrzy. Tatę, który na moje pytanie podczas przejeżdżanie przez Świętokrzyski, które brzmiało Tato, a czy Wisła jest głęboka? odpowiedział: jak chcesz, to skocz teraz z mostu, to się dowiesz. 
Nie mogę powiedzieć, że Tata nauczył mnie wszystkiego. Bo nie wszystko było mi do życia potrzebne. Gdybym była chłopcem, nauczyłby mnie grać w nożną, ale jestem dziewczynką i wolałam nauczyć się jazdy na rowerze. I na wrotkach, bo na rolkach nadal nie umiem.

Trudno jest powiedzieć, za co kocha się swoich rodziców. Za poczucie bezpieczeństwa, za opiekę… blablabla. Nauczyciele w szkole też się mną opiekowali, zapewniali bezpieczeństwo i jakoś ich nie kocham, ani nie darzę jakimś innym uczuciem. Ale jeżeli podeszłaby do mnie jakaś bliska osoba i zapytała, za co kocham Tatę, wymieniłabym dwa czynniki, które są dla mnie najważniejsze w życiu. Za które jestem Tacie wdzięczna i za które nie nazwę go nigdy „moim starym”.

CIERPLIWY SIŁACZ

Nigdy nie byłam grzecznym dzieckiem.  Nadrabiałam wyglądem – blond włosy sprawiały, że nazywano mnie aniołkiem. Gdybym miała czarne, jestem pewna, że byłoby inaczej. Zawsze lubiłam dawać w kość zarówno mamie jak i tacie. Tacie trochę bardziej, bo moja mama zawsze budziła we mnie lekką grozę. Bo Tata nie krzyczał, kiedy poszłam na wagary.  Tylko Mama się złościła. Dla dziecka ważniejsze było to, że to TATA zachował spokój. Dla dziecka wydaje się, że kiedy ktoś na nie krzyczy, to go nie kocha. Ale z tego się wyrasta, całe szczęście.  Ale nie mogę sobie wyobrazić ile Go kosztowało moje wychowanie, ile musiał włożyć wkładu, ile trudu, żebym wyrosła na takie dziecko, na jakie wyrosłam. Jeżeli moje dzieci przejmą cechy po swojej mamuśce , mam przerąbane!

PRAWDZIWY OJCIEC TRÓJKI DZIECI

Na papierze, mój Tata jest ojcem dwójki dzieci. Ale papier to tylko jakiś świstek potrzebny urzędom, żeby nie było jakiegoś zamieszania w razie gdyby coś. Nieoficjalnie, mój Tata miał jeszcze syna. Jestem mu wdzięczna za to, że zaopiekował się moim bratem jak własnym dzieckiem. Doczekał się syna! Miał z kim oglądać mecze, skoki. Z kim jeździć samochodem. Nie obchodziło Go zdanie innych ludzi. Bo to nie jest codziennością, że facet zakochuje się i żeni z kobietą, która ma niepełnosprawne intelektualnie dziecko. To jest raczej ciężki orzech, a mój TATA dał radę! Jestem z niego takaaaa dumna! Naprawdę!

Ktoś kiedyś powiedział, że każdy może być ojcem. Ale tylko ktoś wyjątkowy może zostać Tatą.
Mój Tata jest wyjątkowy. I zawsze będzie.

piątek, 12 czerwca 2015

KIEDY TATA DAJE WYCISK....


Tata chyba myśli, że lubię patrzeć na zraszacze. No nie, może gdybym była mniejszym dzieckiem, to sprawiałoby mi to frajdę. Ale nie mogłam mu odmówić wspólnego wyjścia. Tak rzadko razem gdzieś wychodzimy, że dałam się namówić i poszłam (tak, poszłam, nie pojechałam) z nim na stadion blisko 22. Coś mu się chyba pomyliło, bo zraszaczy nie było. A, że nie chciało nam się wracać do domu, to się zaczęło....
Ćwiczenia siłowe na otwartej siłowni - zawsze myślałam, że to taki bullshit, że zainwestowano w jakieś zabawki i nazwano to siłownią. Sama się zdziwiłam jak bardzo się myliłam. Pod czujnym okiem tatusia musiałam przejść przez każdy etap.
Potem musiałam przebiec cały stadion wzdłuż i wszerz. No spoko, to nie jest jakiś wielki stadion. Ale kiedy masz na sobie strój kąpielowy zamiast normalnej bielizny, to wtedy już jest kłopot. Koordynacja wzrokowo ruchowa, jakby nie było.
Potem powrót na siłownię i znowu powtórka z rozrywki. Myślałam, że ręce to mi odpadną.
Godzina 23.00 a zraszaczy jak nie było, tak nie ma. No więc, mieliśmy wybrać się już do domu. Ale tata zauważył piłkę. Już tłumaczę. Tata to zapalony piłkarz, swoje lata już ma a biega za piłką lepiej niż niejeden gimbus. Bo teraz gimbus na orlik przychodzi, żeby zapalić fajkę z daleka od mamy, a nie pobiegać za piłką. Sprawdzone info, to wiem. Ale wracając do taty - namówił mnie na rundkę piłki nożnej. Jak ja nie lubię nożnej! Nie kiedy góra bielizny to strój kąpielowy. I nie, kiedy na dworze ciemno a piłka ma kolor brązowy. Pobiegaliśmy za piłką, postrzelaliśmy gole, popatrzyliśmy na gwieździste niebo, wzrokiem odprowadziliśmy kilka samolotów, spojrzeliśmy na boisko, które nie zostało nawodnione przez zraszacze i wróciliśmy do domu.

Fajnie czasami wybrać się z tatą na nocny wypad, gdziekolwiek.
Dziś powtórka z rozrywki, trener wraca do gry.
Znalazłam swoje osobistego trenera personalnego! Ha! Tyle wygrać! :)

PS. Idę, bo sesja.

sobota, 6 czerwca 2015

I need you right here with me.



To nie był dobry dzień.

Zaczęło się od zwykłej plamy od leczo na nowym, przepięknym obrusie rodem z Krety. Ktoś kiedyś musiał go zachlapać i padło na mnie. Nie muszę chyba nikogo informować, że mamuśka, której portfel stał się chudszy przez to cudo, miała trochę skwaszoną minę. Tzn. "trochę" to za mało powiedziane. Miała bardzo skwaszoną minę.
Kiedy robiłam poranną kawę, zadzwonił telefon. Tata rzadko dzwoni w godzinach pracy. Zmarł mąż mamy koleżanki. Serce, pięćdziesiąt pięć lat. To nie jest dobry wiek na umieranie.
Jakiś czas temu odszedł od nas mój ukochany rudzielec. Dziwnie nam w domu bez czworonoga, więc zdecydowaliśmy się na kolejnego. Tym bardziej, że kotka z pracy rodziców się okociła i ma cudowne małe kocięta. W sumie, już są tak długo z matką, że spokojnie możemy go od niej zabrać. I tu się zaczynają problemy. Nie możemy go wziąć, bo trzeba go zaszczepić, wyrobić paszport i zaczipować. Za dużo z tym roboty, kot byłby inaczej hodowany, a najbardziej chcę go ja. Ja, która rzadko bywam w domu. Kot dziś miał być ze mną. Miał, a jest w jakimś starym kartonie w robocie.
Przekomarzałam się z tatą. Lubię go drażnić, bo on bardzo szybko się denerwuje i odpuszcza, że niby ja wygrywam. Wkurzył mnie, to mu pojechałam jakimś żartem, którego... nie zrozumiał. Tzn. zrozumiał, ale i tak posmutniał i głowił się, czy to aby na pewno był żart. Więc zrobiło mi się przykro i go przeprosiłam. W odpowiedzi usłyszałam, że "nie mamy o czym rozmawiać". To się lekko zdenerwowałam. 1:0 dla taty, przekomarzał się.
Miałam wyjść na dwór w koleżanką. Miało być fajnie, bo pogoda na dworze jest nieziemsko idealna. A skoro, to nie był dobry dzień, to już wiadomo, że nie było fajnie. Bo ja chciałam to, a ona tamto i nie mogłyśmy się porozumieć. Nasze spotkanie nie trwało nawet pięciu minut.
Potem wybrałam się do Kościoła. Była msza za wujka - miał 33 rocznicę święceń kapłańskich. Siedziałam wbita w kościelną ławkę i rozmyślałam - to o tym, to o tamtym. (teraz katolicy powinni hejtować - rozmyślałam zamiast się modlić?). Obserwowałam Kościół, który znam od kilkunastu lat. Organista zagrał jakąś pieśń, nawet już nie pamiętam tytułu. I wszystko wróciło. Siedziałam i płakałam. Choć ciężko to nazwać płaczem. Po prostu załzawiłam oczy. Przypomniał mi się pogrzeb babci. Minęło pół roku. Ogarnęłam się, ale dzisiaj tęskniłam jak nigdy. Za jej głosem, za jej uśmiechem. Nawet za jej narzekaniem, serio. A potem przypomniał mi się pogrzeb mojego brata. Ale tu już minęło prawie 8 lat. A ja już nie gram w Hugo, nie oglądam Teletubisów, nie śpiewam na cały głos "Czerwone korale" i nie stoję na baczność podczas hymnu, który leci w telewizji. I nie dlatego, że jestem już duża. Nie robię tego, bo nie mam z kim.
Wróciłam do domu. Zrobiłam słabą herbatę, zarzuciłam koc, włączyłam muzykę, napisałam milion postów, wrzuciłam jeden i idę spać. Jutro nowy dzień. Na pewno będzie lepszy, niż ten.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka