Strony

sobota, 22 grudnia 2012

Święty Mikołaju [...] z włosami jak Dumbledore!

Święty Mikołaju przyjeżdżający z Laponii na saniach ze świtą reniferów, z brodą i wąsami niczym Robin Williams i włosami jak Dumbledore!
   Nie chcę małego opakowania, w którym znajdę kluczyki do mercedesa cl 63 amg, którym jeździ Błaszczykowski. Ani średniego, w którym znajdę świetny Hasselblad H4D-200MS. Nie oczekuje także prezentu mierzącego niecałe 2m, któremu skradłabym całusa pod jemiołą. 
Chciałabym, mój Mikołajku, śpiewająco zdać matury i iść na studia. Oczywiście nie chcę już kłótni z rodziną, no i koniecznie, żebyśmy za rok spotkali się przy stole wigilijnym w tym samym składzie.
Każdemu człowiekowi podaruj chociaż ziarenko pokoju. Zamiast rozdawać wypasione mp4, telefony i samochody, podaruj dzieciom trochę słońca, aby dziecko na każdym kontynencie nie chodziło po ulicach brudne i głodne. To samo z dorosłymi. Rozpal w naszych sercach płomień miłości i podtrzymuj, aby nie zgasł.


piątek, 14 grudnia 2012

Jest zima, to musi być zimno? Kiedyś będziesz narzekać.




czujecie?




mroźno w całym warmińsko-mazurskim, lodowisko zamiast jezdni part2. 
mróz szczypie w policzki, chłód i wysiłek odbierają głos.
a ja zamieniam się w człowieka szczęśliwego - 
już zima.

środa, 28 listopada 2012

Miej głowę na karku - to Ci się przyda.

Szkoła.
Tylko polonista z czwórki potrafi Mistrza i Małgorzatę zamienić w koszmar. Nie znasz członków Massolitu? Więc co robisz w tej szkole? W klasie humanistycznej niedostateczne lecą jedna za drugą. Chcesz jedynkę? Nie ma problemu. Dziękujemy.
Matury.
Czas na oddanie jest do wywiadówki, połowa grudnia. Dwóch matur jesteśmy już pewni. Najgorsze przedmioty, których się obawiałam już zostały sprawdzone i zdane. Mówiąc o maturach z matematyki i historii mogę odetchnąć z ulgą. 
Ludzie.
Wielu znam, z wieloma rozmawiam. Ale z tymi bliższymi jakby tracę kontakt. To już nie jest to samo, co było kiedyś. Wydawałoby się, że było pięknie. Teraz? Nie ma już radości związanej z oczekiwaniami na coś konkretnego. Oddalamy się z naszej "grupy" i nikt nie robi nic, żeby to zmienić.
Jelly Bean.
We cannot guarantee that all 36 flavours will be in every pack, sorry if you missed any! No problem - you are my sweet friends 2day. 
Cukierki o trzydziestu sześciu smakach próbują rozweselić mój humor. Jak na razie sprawiają, że jestem najedzona, po pięciu smakach.
My, wy, oni.
Jest małe zamieszanie w kontaktach. Raz jest cisza, a raz tysiąc wiadomości i tęsknota za tym, co było i jest. 
Czasem przedzierające się promienie słońca i piękny widok na Stare Miasto (a konkretnie Katedrę) poprawiają mi humor związany z tym, co wymaga zbyt wiele, aniżeli mogę z siebie dać.
Ja.
Podobno znów się zmieniłam. Nie wiem jak i nie wiem kiedy. Nie wiem, czy uczucia są szczere, czy spowodowane brakiem miłości. Nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę.


sobota, 24 listopada 2012

Materialna tęsknota, która odebrała radość serca?

Z czym mi się kojarzy Kawkowo? Z długimi, nocnymi rozmowami. Z daszkiem, na którym mogło się leżeć i spoglądać na gwieździste niebo. Z daszkiem, gdzie odbywały się poważne rozmowy, gdzie wszystko się zaczęło.
Już go nie ma. Nie mogę się na nim położyć i poukładać sobie własnych spraw. Zostały tylko długie, nocne rozmowy. Rozmowy o wszystkim i o niczym. Brakuje mi chociaż skrawka mojego daszku.
Czterech chłopców - to moja grupa. Pierwszy raz dostałam w prezencie chłopców. Mądrych rozrabiaków, którzy lubią, kiedy zwraca się na nich uwagę. I nie umiem ocenić, czy daję sobie radę, czy zostaję w tyle.

Matury.
Ponoć zdałam matematykę - ponoć to moje domniemania. Ponoć angielski był dla mnie banałem - ponoć to prawda. Ponoć historia nie jest w moim typie i ponoć to także jest prawdą. Ponoć dzisiaj na rozszerzonym polskim lałam wodę, bo praca o pogodzie. Ponoć za dużo w tym relacjonowaniu słowa "ponoć".

Ponoć miało być dobrze, a znów niczego nie jestem pewna.


wtorek, 20 listopada 2012

Matura to bzdura.

Zanim znów nazwę się humanistką, ugryzę się w język aż do krwi. Tak, trochę o maturze, o której głośno w mediach. Ogólnie, ujmując to jednym słowem, jestem załamana. Jak to możliwe, że człowiek na rozszerzonym polskim nie umie czytać ze zrozumieniem? Z zapałem podeszłam do wypracowania o prostytutkach i poległam na kompozycji. Co ja robię na tym świecie?
Było o maturze, to trochę o filmie.
Miał być strzałem w dziesiątkę. Życiowy film, to i ludzi przyciągnie, zwłaszcza, że w piątek była premiera. I owszem - przyciągnął - mnóstwo starszyzny. Byłam nimi otoczona z każdej strony. Chyba oczekiwałam czegoś więcej, chociaż gra aktorów była idealna.
Trochę o sobie.
Pogubiłam wątki tworzące moje życie. W jednym momencie wszystko pękło. Słowa, które miały radować, ukuły w sam środek serca. Zawalam się i sypię niczym stary, niezadbany budynek.
Przynajmniej gram szczęścia, proszę.


środa, 14 listopada 2012

dla Niej.

Brakuje mi chwil, kiedy możemy pogadać jak przyjaciółki. Tęsknię za szczerymi rozmowami, łzami szczęścia.  Za jej przytulasem i rozpaczą, że jestem już dorosła, że mam maturę i prawko, że ją zaraz opuszczę. Za jej dokuczaniem. 
Przepraszam.

Post dedykowany najwspanialszej osobie na świecie, która go pewnie nie przeczyta. 



sobota, 10 listopada 2012

Mamy rok!

Mija rok od kiedy zaśmiecam internet moimi wpisami. Więc mamy rocznicę.

Starszyzna ma swoje humory i urojenia. Strach przed młodszym pokoleniem i brak odwagi sprawiły, że nasz dzisiejszy dzień zaczął się fatalnie. Burza mózgów w sprawie pierwszej pomocy. Nie jest to miejsce to opis konkretnych wydarzeń. Nie zakończyło się to tragedią, ale dobrze też nie jest.
Na co sobie tym zasłużyliśmy? Bóg jeden wie.


poniedziałek, 5 listopada 2012

November.

Pierwszy listopadowy, olsztyński dzień za mną. Jedyne, co mi się tutaj podoba to jesienny zachód słońca. Promienie świetlne przedzierają się przez blok chłopaków i padają prosto na moje drzwi. Jestem tylko ja i słońce. Chwila oderwania się od rzeczywistości - za chwilę czeka mnie opracowanie piętnastu stron podręcznika od historii. Zajęło mi to cztery godziny. Chwila wytchnienia - za chwilę polski, angielski i matematyka - poprawka z niezapowiedzianej planimetrii.
Wyszłam się przewietrzyć. Pooddychać świeżym powietrzem, porozmyślać. Z radością obserwowałam otaczający mnie świat. Spotkałam dawno niewidzianą, podopieczną bezpańskich kotów. Po raz kolejny zwiedzałam okolicę. Zastanawiałam się, jak to jest, że wszystko jest ulotne. Dlaczego nie mamy dobrego kontaktu z ludźmi, z którymi kiedyś byliśmy blisko? Dlaczego stajemy się na siebie obojętni, choć kilka miesięcy temu uważaliśmy się za dobrych przyjaciół? Dlaczego jedna rzecz przekreśla wszystko? Dlaczego nie potrafię wybaczać? Tysiąc pytań na sekundę, odpowiedzi brak.
Kolejny raz staję na wysokości zadania i uczę się pokory i ograniczenia plotkowania. Z pozoru wydaje się to być łatwą sprawą, ale gdy  się do tego solidnie przyłożyć to już nie jest tak szybko. Czas i cierpliwość.

never know!

piątek, 2 listopada 2012

Driver Annos.

Zaczynam listopadowe życie. Kolory jesieni są naprawdę piękne i nawet pogoda niczego sobie.
Dziś utwierdzam się w przekonaniu, że nie warto troszczyć się o jutro i nie ma sensu planować dni - będzie to, co musi być i nie ma co się martwić, przejmować.
Od kilku dni współgram z trzecią porą roku. Mój jasny blond w mgnieniu oka zamienił się z intensywną miedź (żeby mężczyźni mieli pewność - tak, to rudy). Ciężko jest się przyzwyczaić, ale daję radę.
Gorzej, bo zaczynam znów chorować, tym razem objawy anginy. Męczy, boli i krzyżuje wszystko. Aktualnie powinnam znajdować się w małym busiku pędzącym do Olsztyna. Powinnam być ubrana w małą czarną a moje włosy nie powinny mieć artystycznego nieładu. Zamiast iść na cmentarz miałam bawić się na osiemnastce. Miałam imprezować i zapomnieć o normalnym świecie. Miałam dać prezent. Co z tego zostało? Prezent.
Od dziś jestem pełnoprawnym kierowcą - odebrałam wreszcie długo oczekiwane prawko (długo, niedługo, ale człowiek niecierpliwy). Mam ochotę wsiąść w samochód i pojechać nawet na nasze kwadratowe rondo, na cmentarz, czy do babci. Ale samochód stoi u mechanika, idealnie. Może to jakiś znak, po co się tak spieszyć? Zdążę się jeszcze najeździć.
Co mnie jeszcze męczy? Jestem głodna. Głodna Twojej miłości.

DZIŚ!


środa, 31 października 2012

Fabian.

 Czas mi upływa, jakby z procy strzelił. Przed chwilą rozpoczęłam ostatni rok jako licealistka. Dwa miesiące minęły jak jeden tydzień w dawnej klasie. Dziś w domu jesteśmy wszyscy – cała szóstka. I Ci, co mnie znają, stwierdzą, że mam problem z liczeniem, bo przecież jest nas piątka. Ale ja się uprę, szóstka.
Zamykam oczy. Nie jestem śpiąca – powracam do lat dzieciństwa, do miejsca, w którym wcześniej mieszkaliśmy. Jestem szczęśliwa, że dzieciaki z mojego rocznika bawiły się na dworze, a nie przed komputerem. Pamiętam, czasem jak przez mgłę zabawy w zbijaka, tysiąca, palanta, podchody. Pamiętam, jak miałam do szkoły na dwunastą. Wtedy gromadziliśmy się u kogoś w domu (a to u mnie, a to u kogoś innego), graliśmy w gumę, albo bawiliśmy się w szkołę – i to nie z byle jakim dziennikiem zeszytowym – rodzice dbali o swoją córeczkę-nauczycielkę i dawali jej autentyczny dziennik  (co prawda, nie szkolny, ale bardzo zbliżony do takiego).
Moje przygody z komputerem zaczęły się w wieku szkolnym. Czasem grałam z simsy, pewnie jak każdy. Ale najwięcej czasu przed komputerem spędzałam z moim bratem – oglądając bajki, albo grając w Hugo. Fabian był wielbicielem bajek. Potrafił dłuższy czas patrzeć w ekran i obserwować ulubione postacie i śmiać się z rzeczy, jak dla mnie mało śmiesznych.
Fabian –kiedy byłam mała, to podobno chciał nosić mnie na rękach.  To on okazywał swą miłość poprzez małe uderzenie. Ania, nie płacz. (w tym momencie głaskał mnie zazwyczaj po głowie, ale zdarzało się też, że po ramieniu. Kiedy mu się znudziło i widział, że nie płaczę był lekki klaps. Klaps miłości. (nie ma tutaj ironii)
Hajanek – bo tak na niego niektórzy wołali, lubił pokazywać naszemu Bonifacemu. że jego miejsce nie jest tam, gdzie lubią siedzieć ludzie. Nasz kot nie mógł spać na taboretach w kuchni. Gdy mój kochany braciszek zauważał, że właśnie tam Bonik się położył, podchodził i bez wahania zwalał go na podłogę.
Babcia zawsze się śmiała, że Fabu jest pedantem. Podnosił każdy okruszek z ziemi. Nie rozumiał, że to niepotrzebne. I tak przez dwadzieścia parę lat.
Teraz mnie już nikt nie bije. Teraz z nikim nie oglądam bajek i nie gram w Hugo. Z nikim nie śpiewam „Czerwone Korale”, a tata nie zna już tych szczerych emocji, gdy Adam Małysz skacze. (a raczej skakał) W domu nikt nie staje na baczność i nie śpiewa hymnu Polski, kiedy usłyszy go w telewizji. Na każdej kolędzie już nikt nie woła do księdza „wujku”. Nie ma na co wystawiać szóstego talerza, kiedy wszyscy jesteśmy w domu.
Czasem ogarnia mnie złość, że nie potrafię być dobrą siostrą. Czasem lubię usiąść w kącie z jego rzeczą i sobie popłakać. Czasem mówię do niego, a on mi nie odpowiada. Czasem ogarnia mnie chęć wydobycia kaset z naszymi nagraniami – ale nie mam videa na kasety. Czasem po prostu zapominam.
Czas leczy rany? Czy tylko przyzwyczaja do bólu? Odpowiedz.


niedziela, 28 października 2012

Footstep.

Powolnym krokiem poloneza wbijam się w listopad. Cieszę się, że dziesiąty miesiąc dobiega końca - chyba nie należy on do moich ulubionych. Minęło dwadzieścia osiem dni, a problemów co niemiara. Każda kwestia ma tutaj znaczenie. Ale trwam, bo cóż mi z nietrwania?
Zaczynam zmagać się ze studniówkowym tańcem. Nie jestem tancerką. Nie mam tego w genach, ale mam nadzieję, że polonez nie będzie sprawiał kłopotów i razem z moim partnerem dość szybko go ogarniemy. 
W szkole, jak to w szkole. Raz z górki, raz pod górkę. Za trzy tygodnie czekają mnie próbne matury - poza historią i matmą niczego się nie obawiam. Chyba czas wziąć się porządnie za naukę, chociaż na razie nie jest źle. 
Nadal szukam mojej piaszczystej ziemi - przez Ciebie mój grunt nadal jest bagnisty. Ale tym razem Ty także w owym bagnie siedzisz - no cóż, chyba potrzebowałam odrobiny towarzystwa.
Wkraczamy w jedenastkę. Moja jedna noga już w niej siedzi i oczekuje na długi weekend. Druga noga topi się w różańcowym miesiącu. Październik nie lubi zawodzić - październik pozwoli nam się dziś wyspać. Miło kiedy doba przekracza liczbę dwudziestu czterech godzin. Jeszcze milej, kiedy wyjrzysz przez okno i zobaczysz, że wszystko co Cię otacza pokryte jest cienką warstwą śniegu. Gdzie Ci się tak spieszy?


piątek, 26 października 2012

Bij i poniżaj, to najlepsze rozwiązanie!

Kiedy stajemy się dorośli? Kiedy mamy osiemnaście lat, czy wtedy kiedy zaczynamy racjonalnie myśleć? Nie będę prowadzić ankiet, bo wygrają osiemnastki. Więc jak to jest?
Dworzec autobusowy - miejsce, gdzie kręci się wielu ludzi czekających na transport do domu. Wydawać by się mogło bezpieczne (mało bezpieczne, ale nie niebezpieczne), ale to tylko pozory. To tutaj możesz dostać z liścia, to tutaj przypadkowy mężczyzna może zadać ci ból kopiąc z całej siły z brzuch, plecy, a jak będziesz się stawiał to jeszcze z buta dostaniesz w twarz, a jego kobieta podejdzie do twojej i znów będzie kłopot. Wszystkich ogarnia strach - nikt nie podejdzie, żeby przerwać. No, prawie nikt - podchodzi starsza pani. Kobieta odchodzi, a facet znowu jest bity. Ktoś się odważył i zadzwonił na policję. Na słowo policja, kobieta bitego mężczyzny wbiega do miejskiego autobusu, a za nią, z wyzwiskami kobieta siłacza. Co z nimi się stało? Nikt nie wie. Autobus pojechał, a mężczyzna uciekł. Oboje uciekli. A policja? Przyjechała, po piętnastu minutach. Przyjechała, to za dużo powiedziane. Przejechała - to jest idealne słowo. Przejechała i ślad zaginął.
Nawet jeśli poturbowany był czemuś winny, to czy tak dorośli rozwiązują swoje sprawy? Bicie i poniżanie to chyba nie jest dobre wyjście. Świat dorosłych jest dla mnie niezrozumiały.


sobota, 20 października 2012

Metafora. Nie biorę odpowiedzialności za interpretację.

Jest rok dwa tysiące jedenasty. Dworzec kolejowy. Peron trzeci, pociąg relacji x-y podjeżdża punktualnie. Stoję przed dwoma wagonami, połączonymi silną więzią. Pierwszy jest dla ludzi szczęśliwych, drugi dla pozornie szczęśliwych lub szczęśliwych ale mniej. Który mam wybrać? Konduktor wskazuje, że to ostatnia chwila - pociąg zaraz rusza. Z nutą przerażenia wybieram drugi. Cofnij, wysiądź, to nie ten! Gwizdek- odjazd. Za późno.
Jest rok dwa tysiące dwunasty. Dworzec kolejowy. Peron trzeci, pociąg relacji x-y nie przyjeżdża na czas. Spóźnia się kilka tysięcy godzin - rekord Guinessa w historii PKP. Ku mojemu zdziwieniu pojawia się wagon numer trzy z napisem : przywiązanie. Wybór jest cięższy. Nie jest łatwo. Nie mam bagażu podręcznego, więc może uda mi się zmienić wagon, gdy stwierdzę, że weszłam nie do tego. Konduktor zarządza przerwę. Tory kolejowe jakimś cudem się poplątały. Mój pociąg nie ma gdzie pojechać.
Minął miesiąc. Pociąg jak stał, tak stał. Siedzę na peronie i przyglądam się trzem wagonom, zastanawiając się, w którym jest dla mnie miejsce. Spóźniony pociąg nie przyjedzie na czas - to o kilka tysięcy godzin za późno.


Ola.

Nadchodzi czasem w życiu taki moment, że chciałoby się zaśpiewać za Danutą Rinn "Gdzie Ci mężczyźni, prawdziwy tacy?". Pytanie dopadło i mnie. Na razie nie mam pojęcia, jak na nie odpowiedzieć - dzisiejszy czas pochłonęła mi schola oraz moja wspaniała Ola.
Ola - wiele o niej na blogu było. Ola to oczko w mojej głowie. Kochana, choć przepełniona niesamowitą energią, która w mig męczy człowieka. Jej korzenie sięgają po krańce kraju makaroniarzy. Nie mam jej na co dzień. Jest taką małą podróżniczką - dzisiaj na gorącej, czterdziestostopniowej wyspie, a jutro w kraju bijącym serce świata, jak mawia Davies. Teraz przyjechała na dłużej. Jestem z nią raz w tygodniu. Wychodzę od niej zmęczona, ale zadowolona. Jej dom to mój salon piękności. Za jednego buziaka na moich ustach pojawi się lipstick, a moje paznokcie zostaną pomalowane, po czym przejdą męczarnię - tragiczne usiłowanie zmycia się. To Ola, którą trzeba nosić na rękach, którą trzeba brać na barki. Ola, z którą trzeba bawić się w szkołę i fikołki. Ola, która gryzie, z którą trzeba rozmawiać z języku angielskim i włoskim, bo potrafi mieszać cztery języki i nie zrozumiesz, choćbyś chciał, o co jej chodzi. Ola, która przywiązuje się do mnie i nie chce wyjść, tylko spać tutaj, bo przecież ona "nie lubi spać w swoim domku". Wreszcie to Ola, która dzisiaj zaczęła się ze mną modlić, składając ręce i powtarzając słowa modlitwy "Aniele Boży". Wytrwała do "strzeż" i zakończyła swoją rozmowę. Taka jest Ola - mój kochany pieszczoch, bez którego życie stałoby się nudne.





środa, 17 października 2012

DAMN IT.

Wieczorne rozmowy o facetach zakończyły się na pogotowiu. Brzuch dalej pokazuje, że nie ma zamiaru mnie polubić. No cóż, czasem jesteśmy skazani na to, że i z wrogiem musimy żyć w jedności. Jednak ten nie zna granic. Jego ostre kucie nie pozwalało mi na utrzymanie siedzącej, ani stojącej postawy. Krople żołądkowe tylko pogorszyły sprawę. Moje nogi musiały przejść ciężką wędrówkę i znaleźć się na pogotowiu  ratunkowym. Ktoś kiedyś powiedział, że leki mają leczyć, a nie smakować. I cóż, dziś się w tym utwierdzam. Roztwór wody smakujący jak woda z Morza Adriatyckiego,  roztwór numer dwa o zapachu drożdży do pieczenia, którego nie lubię i ostatnia rzecz jaką posiadam, która jest najlepszą, bezsmakową rzeczą to moja tabletka. Przełamuję się, zatykam nos (chociaż to nic nie daje) i duszkiem próbuję wypić. Próbuję, bo duszkiem się nie da. Brzuch się doigrał.


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka