Strony

środa, 18 grudnia 2013

The uninvited.

Do odważnych świat należy.
Po ostatniej weekendowej nocy wiem, że ja jestem odważna. Od dziecka boję się ciemności. Boję się przebywać sama w domu, a co dopiero wyjść gdzieś poza. A jeden telefon zmienił moje podejście do tej sprawy. I tak oto, o drugiej w nocy wybrałam się na pięciokilometrowy olsztyński spacer, żeby uratować jeden, zalany tyłek. Cały strach odszedł na bok. Samotności nie było, bo mam dobrych przyjaciół, którzy wspierali mnie telefonicznie w tej wędrówce. Warto było? Warto.

The uninvited.
Bóle mięśniowe, przezroczysta wydzielina z nosa, zaczerwienione oczy i gorąca głowa. Ciepły polar z kocykiem, plusowa temperatura pokojowa, a człowiekowi dalej zimno. Choroba chyba zbliża się wielkimi krokami. I tak mnie męczy, dołuje i uciec nie chcę. A ja jej teraz nie potrzebuję, nie chcę. Idź sobie precz!

Koła, kolokwia, kolunieńka.
Zaczął się ten czas, kiedy trzeba coś zaliczyć, żeby podejść do zimowej sesji. I chociaż ochota, żeby się pouczyć jest (niewielka, ale to zawsze coś), to ciało odmawia posłuszeństwa. Materiału, wbrew pozorom jest mało, ale głowa, w której dudni jakbym była po tygodniowej imprezie, nie dopuszcza do siebie żadnych treści. Kolokwium już jutro, a czas ucieka.

Święta.
Zbliżają się wielkimi krokami, chociaż ja zupełnie ich nie czuję. Za pięć dni będę śpiewać kolędy przy wigilijnym stole. To dziwne uczucie, bo kiedy wyjrzę za okno widzę październik. Przechadzałam się dzisiaj po olsztyńskich uliczkach i mijałam świąteczne stoiska. Zapach choinek, widok świecidełek, bombek. Świąteczne wystawy sklepowe, św. Mikołaj na Wydziale Nauk Społecznych i puste portfele. A ja dalej nie czuję, że święta tuż tuż...



czwartek, 12 grudnia 2013

Soaring, keep so... right in

Zbieram się już od dłuższego czasu, żeby coś tutaj napisać i dać znak, że ze mną wszystko w porządku. Chociaż, tak naprawdę sama nie wiem, czy jest dobrze, czy tylko tak sobie wmawiam? Jedno jest pewne - powoli staję na nogi. A po drodze natrafiam na przeszkody w postaci analizy każdego gestu, ruchu, każdego dotknięcia. I trochę chciałabym cofnąć czas, ale przecież tak się nie da. Trzeba iść do przodu i wstawać po każdym kolejnym upadku. Piszę to i piszę, i myślę: cholera, czym sobie na to zasłużyłam? Jedno pytanie, a w głowie aż huczy od wielu odpowiedzi. Pięć prostych słów, które wywołują łzę w oku.
Oto to, co u mnie słuchać, w wielkim skrócie. A jeśli chodzi o studia - radzę sobie całkiem dobrze i umiem przedstawić się w języku migowym - pierwsze koty za płoty!


niedziela, 1 grudnia 2013

hello december!

"december - a month of light, snow and feast; time to make amends and tie loose ends, finish off what you started and hope your wishes come true"

No i mamy grudzień, chociaż za oknem pogoda raczej wczesnolistopadowa. Deszczowo i chłodno, bez żadnych oznaków nadchodzącej zimy. Za chwilę już święta i jakoś nie uśmiecha mi się buszowanie po centrach handlowych w poszukiwaniu prezentów - zawsze mam z tym problem, bo ciężko trafić w gusta mojej zmiennej rodzinki. 
Chciałabym napisać, że ogólnie to wszystko się układa, ale to chyba byłoby perfidne kłamstwo. Myślałam, że po tym wszystkim będę twarda niczym skała, a okazuje się, że z dnia na dzień staję się coraz bardziej "miętka". W głowie ciągle tylko jedna myśl, że "to jest silniejsze ode mnie". Nie wiem już czego chcę, czy warto wchodzić kolejny raz do tej samej rzeki? Kiedyś już podjęłam taką decyzję, ale tamta Ania już nie istnieje. Jedyne co z niej pozostało, to ta naiwność, męcząca naiwność. Więc nie, chyba nie wszystko się dobrze układa. 
Dodatkowo jestem strzępkiem nerwów, wieczorną płaczką i abstynentką, dziewczyną, która musi zmienić styl życia, dla trzech (nie)głupich dolegliwości. A żeby było przyjemniej - w odstawkę idą wszystkie ulubione produkty, napoje i owoce! Tak, żeby umilić moje życie.



poniedziałek, 18 listopada 2013

I was waiting on a different story.

It's not like you to say sorry
I was waiting on a different story
This time I'm mistaken
For handing you a heart worth breaking

Jeden werset, który tak naprawdę wyraża wszystko, co teraz się dzieje. Jestem zmęczona, podpuchnięta. Mam dość społeczeństwa, najchętniej odizolowałabym się od wszystkiego, zamknęła się w pokoju z poduszką i kołdrą naciągniętą na głowę. Zwinęłabym się jak kłębek włóczki i przeleżała wieczność. Przyjechałam wczoraj do domu, chociaż teraz powinnam siedzieć na wykładzie z historii wychowania i myśli pedagogicznej. I dziś przychodzi mi wracać do olsztyńskich czterech kątów przepełnionych wspomnieniami.
Wstałam rano i dostałam kilka wiadomości, z krótkim pytaniem o to, jak się czuję. Mówię, że dobrze, bo przecież chcę pokazać, jaka jestem silna. Ale nie wierzcie w to. To tylko stek bzdur, w które łatwo uwierzyć.




środa, 13 listopada 2013

Z okazji urodzin, dla osoby, która ich nie obchodzi.

Chciałabym, żebyś był szczęśliwy i nigdy się nie poddawał tylko walczył do końca. Masz wiele pasji, którymi możesz zarażać innych ludzi, więc rób to. Stawiaj sobie wyzwania, angażuj się w nie, bo to sprawia Ci niesamowitą przyjemność. Uśmiechaj się - z uśmiechem Ci do twarzy, a ponadto ponoć można nim zarażać, więc śmiało, zarażaj. I pamiętaj - wszędzie tam gdzie jesteś, niezależnie od tego, co akurat robisz - jestem i możesz na mnie liczyć.






niedziela, 10 listopada 2013

Wspomnienia, które wracają.

"a my z wiecznego niepokoju, z przelotów wiatru z garści cienia, z brzóz przedwieczornych, które stoją nad cichą rzeką zapomnienia"


Przyszedł czas na pierwszą samotną noc na stancji. Tylko ja i cisza. Obejrzałam już specjalny odcinek "Ugotowanych", gdzie Szpak wybrzydzał wszystko, co się dało, a Marta z Natalią zyskały moją sympatię. Zdążyłam rozpisać sobie treningi na następne 30 dni i ogarnąć mały nieporządek po moim gościu, któremu prezent urodzinowy przypadł do gustu, z czego bardzo się cieszę. Znalazłam też lekarza, z którym czekają mnie mało przyjemne badania, ale przecież "zdrowie najważniejsze". Pojechałam nawet do centrum i kolejny raz dałam się ponieść emocjom i zakupiłam brzoskwiniową spódnicę. I tylko jedno pytanie: do czego będę ją nosić? Z nadzieją na oderwanie się od rzeczywistości, włączyłam jednego z najlepszych polskich wykonawców - Piotra Roguckiego, zamknęłam sobie oczy i wystarczyła chwila, żeby wspomnienia do mnie wróciły.
Wspomnienia... miałam o nich ostatnio na psychologii, ale niestety niewiele z tego pamiętam - to wynik rozwiązywania krzyżówek z powodu dość nudnie prowadzonych zajęć (jest na co zwalać!). Otwieram szafkę i wypada mi kolorowy mały zeszyt, a w nim dwadzieścia kartek z wyznaniem miłości, tęsknotą, obrazą i tak w kółko. Wspomnienie numer jeden, trzeba zapomnieć, bo to zmarnowany czas, którego żałuję do tej pory. Byłam niedojrzałą, egoistyczną gówniarą, która była tak zaślepiona niby miłością, że zapomniała o całym świecie. Cóż, człowiek na błędach się uczy.
Wspomnienie numer dwa to to, kiedy sami nie wiemy czego chcemy i robimy wszystko to, czego robić nie powinniśmy. Jestem już trochę dojrzalsza. Z perspektywy czasu wiem, że popełniliśmy dużo błędów. Spoglądając na to przez pryzmat tego, co dzieje się teraz, cieszę się, że daliśmy spokój i każdy z nas żyje swoim własnym życiem. Lepiej późno, niż wcale.
Sierpień i wrzesień - najlepsze dwa miesiące w roku dwa tysiące trzynastym. To najlepsze wspomnienia, które wywołują motyle w brzuchu. Tyle ciepłych słów, gestów. Teraz jest dobrze, ale wdarła się rutyna, której nie umiemy złamać. Tęsknię do tych miesięcy, kiedy docenialiśmy każdą razem spędzoną minutę i każdy gest.
Piszę to teraz i myślę: kurde, jak to romantycznie brzmi :) Patrzę na cały tekst i myślę sobie: kurczę, trochę to długie, chyba aż za... Patrzę na zegarek: 20:34 i myślę: zamiast leżeć w łóżku, załóż dres, jakiś t-shirt, wygodne buty i pozwiedzaj okolicę biegając. Słuchając siebie samej - zakładam słuchawki i biegnę tam, gdzie mnie nogi poniosą. :)


z potrzeby słuchania Roguckiego, który oczarował mnie swoim głosem,

którego płytę chce mieć na swojej półce.


niedziela, 3 listopada 2013

Trochę chmur, trochę słońca.

Długi weekend dobiegł końca. Chociaż z określeniem "długi" mogłabym się sprzeczać, bo przecież każdy mój weekend wygląda tak samo - od czwartku do niedzieli, wiec jaki to długo wyczekiwany długi weekend? W każdym bądź razie, to były ciężkie, samotne dni. Zaplanowałam sobie tak wiele wizyt, tak wiele miłości, a wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Żołądek ponownie został zaatakowany, więc spędzając dzień w łóżku, miałam wiele czasu do namysłu. Co wymyśliła moja mało mądra głowa? Mało mądre stwierdzenie, że nie ma we mnie miłości. Że nie potrafię kochać, że to tylko uzależnienia od bycia przy kimś. Ale chyba nie jest ze mną do końca tak źle, bo wiem, że to tylko taka gadanina, bo gdzieś tam w sercu jest ten płomień, który symbolizuje jakąś miłość. Samotne cztery dni, kiedy nikt nie interesował się moją osobą, nikt nie zapytał, co u mnie słychać, czy potrzebuję pomocy. Wyczuwam nutę egoizmu, za którą przepraszam. Dodatkowo, na stancji czekała mnie niespodzianka w postaci zalanego mieszkania. Leżę w łóżeczku i podziwiam dużą, brzydką plamę nad drzwiami, którą zawdzięczam pijanemu sąsiadowi studentowi, któremu przypomniało się, że nie ma na jutro gaci, więc trzeba zrobić pranie, ostatnie pranie, bo przecież w tym tygodniu trzeba się wyprowadzić, bo sąsiedzi są niemili. Enough!

Jest taki ktoś, kto dziś obchodzi kolejną osiemnastkę! Ktoś, kto gotuje najlepiej na świecie i lubi się ze mną droczyć. Ktoś, kto nie wie o istnieniu tego bloga, ale może kiedyś, (nie)przypadkowo zobaczy ten wpis i uśmiechnie się pod noskiem. Wszystkiego najlepszego Mamuś! :*




czwartek, 31 października 2013

Trick or treating!

Nie przebiorę się za wampira ani nie nałożę białych szmat, żeby być duchem. Nie przyda mi się też kosa, bo nie chcę udawać śmierci. Nie ozdobię swojego domu w pięknie wyrzeźbione dynie i nie będę chodzić po mieście z reklamówką i krzyczeć: cukierek albo psikus - nadmiar cukierków szkodzi zdrowiu, a psikusów żadnych nie znam, więc oszczędzę sobie wpadek. Nie przywykłam do obchodzenia takich imprez. Nie mam nic przeciwko dzieciom przebranym za różne postacie, które chodzą od domu do domu i żebrzą o coś słodkiego (a tak swoją drogą odwiedziła mnie ich dzisiaj cała masa). I nie mam nic przeciwko rodzicom, którzy dla swoich dzieci organizują małe halloween party. A ja nie obchodzę 31.10 i nie chodzę na takie party, bo po prostu nie chcę, bo mnie to nadzwyczajnie w świecie "nie jara". Mam swoją własną imprezę, pod ciepłą kołderką z jakimś dobrym filmem. I chociaż wolałabym ten film oglądać w przystojnym towarzystwie, nie będę narzekać.

z moich nowości, które nowościami nie są:




wtorek, 22 października 2013

Nocna opowieść o zwykłym życiu:

Pomyślałam, że coś trzeba napisać, bo marnie wygląda sprawa bloggera w październiku. Czuję taką nudę, kiedy patrzę na tę stronę i widzę przestarzałe posty. No dobrze, nie są aż takie stare, bo przecież zaledwie tydzień temu przechwalałam się, że równo rok temu zdałam to cholerne prawko, ale napisałam tylko o tym, więc trochę pusto. Patrzę na wpis z trzeciego dnia października. "Nie, nie lubię jesieni. Nie przekonają mnie do niej piękne złotobrązowe liście ani zapach powietrza! Nie lubię i już! Koniec tematu." I myślę: Tak, kobieta jednak zmienną jest. Zmieniłam zdanie, wyjeżdżając ze stolicy Warmii zaczęłam dostrzegać piękno tej jesieni. W domu, w Rybakach.... szaro jest tylko na olsztyńskich ulicach.
Studenckie życie? Jest całkiem nieźle, nie żywię się chińskimi zupkami, tylko pysznym domowym jedzeniem, albo domową podróbką w moim wykonaniu, co też smakuje całkiem dobrze. Na uczelni robi się coraz ciekawiej. Teoretyczne podstawy wychowania nie są takie nudne i trudne, jak przypuszczałam. Przeciwnie - jedne z najlepszych ćwiczeń, które są na pierwszym roku. Zasypiam tylko na socjologii i na wykładach z biomedycznych podstaw rozwoju oraz psychologii. Nie jest tragicznie. Zaczęłam praktyki w szpitalu - moim zadaniem jest obserwacja nauki chorych dzieci w szpitalu. Cieszę się, bo czuję, że oligofrenopedagogika to był trafny wybór.
Czekam na czwartek, bo w końcu pojadę do domu na dłużej niż kilka godzin. Potrzebuję matczynych rąk i ojcowskich uścisków. Potrzebuję ja i mój organizm, który jest na skraju wyczerpania. Który jest niegrzeczny i rozrywkowy w najmniej odpowiednim momencie. Dwa ciężkie dni przedzielone najgorszą nocą już za mną. Przeżyłam, ale ledwo się trzymam. Not good.
 I found someone few months ago... Nikt nadzwyczajny. Charakter ciężki, chyba tak jak i mój. Jedna z nielicznych osób, która przy mnie jest pomimo moich humorów. Która nie umie się na mnie obrazić na dłużej, niż pięć minut. Która jest moją poduszką podczas seansów filmowych i z którą mogę pogadać na wszystkie tematy. Dobrze jest. A za sześć minut nowy dzień. Czuję, że to będzie dobry dzień i mam nadzieję, że wy czujecie tak samo! :)

Imagine Dragons podbijają moje serce!


wtorek, 15 października 2013

Więc od roku śmigam na naszych polskich, dziurawych drogach i robię trochę szkód....

Z pamiętnika kierowcy:

Piętnasty października roku dwa tysiące dwanaście.
Dzień jak co dzień. Zaślepieni, zabiegani mieszkańcy Olsztyna. I taka ja, zmierzająca do wojewódzkiego ośrodka ruchu drogowego, żeby po raz trzeci stanąć twarzą w "twarz" z czerwonym fiatem z napisem "egzamin". Ten dzień chyba nie sprzyjał każdemu - chłopak oblał placyk dziesiąty raz, dziewczyna zapomniała co, gdzie i dlaczego... ale przecież do trzech razy sztuka. Pierwszy raz westchnęłam do św. Krzysztofa i pach! Głupia litera P a daje tyle radości. 
Dziś mam rocznicę, tak śmiejąc się, bo przecież nie przeżywam tego tak na poważnie. Nawet dostałam za to prezent od siostry, którego w aucie niestety używać nie mogę! :) Więc od roku śmigam na naszych polskich, dziurawych drogach i robię trochę szkód. Już kilka razy życie stanęło mi przed oczami, zrobiłam dziurę zahaczając o rusztowanie i przydupczyłam hondą w renault'a. Szkód trochę jest, za to mandatów jeszcze nie miałam okazji płacić, choć nadarzyło się do tego wiele okazji. I co? Nadal jestem złym kierowcą? :)


czwartek, 3 października 2013

Jesień, studia i inne przyjemności.

Nie  lubię jesieni. Nie przekonają mnie do niej piękne złotobrązowe liście ani zapach powietrza! Nie lubię i już! Koniec tematu.
Odebrałam indeks, odebrałam legitymację, przeżyłam pierwsze zajęcia - ukłony w moją stronę - jestem już studentką oligofrenopedagogiki. Cóż, z nazwą tej specjalności ma problem niejeden człowiek. Ludzie otwierają szeroko oczy na to hasło, więc w internecie znalazłam idealną definicję mojego kierunku! Rozbawiła mnie ona totalnie! :) 
OLIGO- w złożeniach: niewiele, niewielu; nieliczny; med. brak, niedobór, upośledzenie, niedomoga; mały, FRENETYZM = szaleństwo!
rezultat: pedagogika dla nielicznych szaleńców!:) Teraz już wszystko jest jasne! 
Moje wyobrażenie było troszeczkę inne, ale nie mogę narzekać! Pomijając nudną socjologię czy teoretyczne podstawy wychowania - jestem zadowolona a psychologia jest jak na razie najciekawszym przedmiotem, z którym przyszło mi się zmierzyć! :)  A co z innych przyjemności? Mam fajną stancję, fajne współlokatorki i fajną grupę dziekańską. Mam już dużo znajomych w Olsztynie, więc się nie nudzę, nie zrzędzę i mam dobry humor, którym zarażam innych - a przynajmniej się staram! Jutro wolne, więc będę się obijać i poprawiać ten post! Zdaję sobie sprawę z tego, że jest on napisany dość dziwnym językiem, trochę bez składu i ładu, trochę tak niemłodzieżowo i wiem, że mogłam zacząć pisać, jak dostanę jakoś wenę ale.... WHO CARES? Czułam potrzebę i już. Kolorowych snów kochani! (chyba, że czytacie to jak jest dzień to... Miłego dnia:D)

                                        



piątek, 20 września 2013

Nietypowo nietypowe!

Zostało siedem dni wakacji! Za tydzień będę się przeprowadzać do Olsztyna, za którym nie przepadam. Przypadło mi mieszkać w dzielnicy, w której byłam może pięć razy w przeciągu minionych trzech lat. Na uczelnie mam kawałek, ale to zawsze bliżej, niż jakbym miała dojeżdżać z domku. Cieszę się, że znalazłam tę stancję - może nie jest to pokój marzeń, ale jest w nim wszystko co student potrzebuje - szafka, biurko i łóżko. Cieszę się, że udało się załatwić wszystkie formalności w ciągu jednego dnia. Bałam się, że zostanę bez dachu nad głową, a tu proszę - rach ciach ciach i po sprawie!
W życiu jakoś się układa, raz lepiej a raz gorzej. Od ostatniego wpisu wszystko wróciło do normy, no prawie wszystko. Ktoś wygumkował z mojego życia ważną osobę, która towarzyszyła mi w każdym ważnym dla mnie momencie. Z którą oglądanie tego samego filmu setny raz nie było nudne, tylko sprawiało wielką frajdę. Osobę, którą darzę wielkim zaufaniem. Osobę, która teraz unika mnie jak ognia i udaje, że się nie znamy. To przykre, ale nie wierzę, że to ot tak mogło się rozpłynąć. Ktoś musiał się do tego przyczynić. Mam wielki żal do tej osoby, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, kto chciałby zaszkodzić tej przyjaźni.

Dziś trochę nietypowo - kilka zdjęć wynalezionych "przypadkiem", które tak naprawdę mogą być tylko obrazkami, które nic nie znaczą.









To jedyny cover tej piosenki, przy którym się rozpływam.



you

sobota, 7 września 2013

Chwile ulotne.

Wchodzę na znany wszystkim portal społecznościowy i nagle otrzymuję pytanie: O czym teraz myślisz? I chciałoby się odpowiedzieć tak bez kultury, bez cenzury dla dzieci, że myślę o tym, jak teraz jest chujowo. Już zaczynam rozumieć, że wszystko jest ulotne. Pewnie, można mi zarzucić, że jestem za młoda, żeby cokolwiek o tym wiedzieć. Ale z punktu widzenia obserwatora, powoli przestaję mieć wątpliwości. I można zadać pytanie: Ania, o co Ci chodzi? A ona odpowie krótko.
Przestaję wierzyć w miłość, taką do końca życia. Przestaję wierzyć, że stanę kiedyś w białej sukni na ślubnym kobiercu i będę przyrzekać miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć tego nie rozłączy. To taki bullshit. I choć zgodzę się, że istnieją małżeństwa, które się kochają, chociaż na karku mają osiemdziesiątkę, to myślę, że to są przypadki jedne na tysiąc. Nie wierzę, że to przytrafi się mnie. 
Przestaję wierzyć w Tego, który nas stworzył. Bo jeśli On jest i naprawdę chce naszego dobra, to do cholery dlaczego jest tak, jak jest? Dlaczego nie może być lepiej? Tak, kiedyś słyszałam już odpowiedzi na tego typu pytania. Bo się sprzeciwiamy Jego decyzjom, bo omijamy ścieżkę, którą On dla nas przygotował. Jakby chciał, żeby było dobrze, to by było. Nie rozumiem, naprawdę.

Zdaję sobie sprawę, że to taka plątanina myśli. Że to trochę paradoksalnie brzmi. Że ujrzało to światło dzienne pod wpływem mojego stanu emocjonalnego i że za kilka dni, czy godzin może pojawić się komunikat, że post jest nieaktualny. Może robię błąd, że piszę to co teraz czuję. Piszę zanim ochłonę. Ale jest mi tak cholernie ciężko, tak mnie nosi i pomyślałam, że jak przeleję na internetowy pamiętnik, to mi ulży. Nie ulżyło. 


niedziela, 1 września 2013

the first day of September,

Pierwszy września. Nigdy nie lubiłam tej daty, zawsze kojarzyła mi się z czymś złym. Powód numer jeden to kolejne rocznice wybuchu największego konfliktu zbrojnego czyli II Wojny Światowej. Nie będzie niespodzianką kiedy napiszę, że kolejny związany jest z polskim systemem edukacyjnym - zakończenie wakacji i powitanie nowego roku szkolnego. Dobra, ten dzień ma jeden plus - spotykamy osoby ze szkoły, za którymi mogliśmy zatęsknić. Ale to jedyny plus, który dostrzegam w tej dacie. Ostatnie rozpoczęcie roku pamiętam tak, jakby to było wczoraj. A dzisiaj czuję się dość dziwnie. Pierwszy września nie robi na mnie wielkiego wrażenia, jeśli chodzi o szkołę. Pierwszy raz nie szykuję sobie stroju na apel, nie pakuję walizek i nie wchodzę pewnym krokiem na ostatnie piętro do bursy. Bursa, niegdyś internat. Pamiętam swoje początki z tą przygodą - jeden wielki płacz i krzyk, że chcę wracać do domu, bo byłam tak nieśmiała, że wstydziłam się rozmawiać ze współlokatorkami. Ostatnio wspominałam z Anitą i Kasią wszystko, co działo się przez cały okres mojego pomieszkiwania tam. Wszystkie parapetówki czy filmiki. Nigdy nie wierzyłam w to, że takie słowa padną z moich ust, ale będzie mi brakowało tego klimatu. A teraz? Teraz mam swój summer time. To takie śmieszne, bo kiedy spoglądam za okno, widzę pogodę, która wcale nie przypomina wakacji. Przypomniało mi się dzisiaj stare powiedzenie, że wrzesień plecień, bo przeplata - trochę zimy trochę lata. I tak trochę jest - w internetowych serwisach pogodowych na jutro przewidziany jest deszcz ze śniegiem, ale już we wtorek powraca słońce! Chciałabym się wybrać na jakieś wczasy, bo do tej pory ciężko było urwać się z domu, ale nawet nie wiem, co można zaplanować na tak drastycznie zmieniającą się pogodę? Muszę coś zrobić, muszę jak najlepiej wykorzystać ostatnie, trzydzieści dni najdłuższych wakacji życia.

A wszystkim, którzy jutro muszą rano wstać, aby rozpocząć kolejne dziesięć miesięcy nauki, życzę samych piątek i szóstek! Powodzenia:)


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Change of plans

Miałam tyle planów na ostatnie dni. Najpierw było czwartkowe ognisko, potem sobotni koncert Siewców Lednicy i niedzielne leżakowanie. Niespodziewanie, ognisko zamieniłam w dobry wieczór w przystojnym towarzystwie. Zamiast koncertu zespołu związanego z duszpasterstwem, wybrałam się na nocną przejażdżkę po najukochańszą siostrę na świecie, która przyjechała specjalnie na pielgrzymkę, która była w niedzielę. Po trzech godzinach snu udałyśmy się na kościelną, aby stamtąd ruszyć na zachód do Stoczka Warmińskiego. To moja druga pielgrzymka, jej trzecia. Intencje w sercu pojawiły się dość szybko. Mam nadzieję, że bolące odciski, zdarta skóra u palców przez grę na gitarze, zakwasy w nogach i odpust sprawią, że prośby zostaną wysłuchane. Dziękuję siostrze, ciociom, Marcie, Pawłowi, Damianowi, Asi i Dawidowi za tę wspólną wędrówkę.

Plany na ten tydzień? Dzisiaj z Niemiec przyjeżdża Cataldo, jutro odwożę siostrę, w środę będzie don Eugenio a w czw mam jechać na klasowe ognisko. W sobotę jadę do lawendowej wsi, żeby spotkać się z ludźmi, którzy są mi bliscy. W niedzielę mogę mieć gościa a drugiego września będę cieszyć się ostatnim miesiącem wakacji. Życie jest piękne.


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka