Strony

czwartek, 21 marca 2013

Pierwszy dzień wiosny!

Kiedyś, świętowałam pierwszy dzień wiosny topiąc marzannę i śpiewając piosenkę Topimy marzannę raz, dwa trzy! Potem były występy, konkursy i piosenka Wiosna, gdzie oryginał nagrali Skaldowie. Kiedyś połowa klasy zrobiła sobie wagary, a druga połowa zmiękła i wróciła na lekcje. Wtedy poszliśmy w głąb lasu, zostawiliśmy wstążeczkę z napisem 5D i szliśmy dalej, ale gdy zobaczyliśmy jakieś robactwo, uciekliśmy i wróciliśmy na lekcje, bo wychowawczyni zadzwoniła do rodziców i mieliśmy "przechlapane".
Dzisiaj po raz ostatni w szkole świętowałam pierwszy dzień wiosny, który nijak ma się do pogody, którą widać za oknem. Chlapa i lód, korki na mieście i egzamin siostry. Pokaz talentów IV LO - nie brałam udziału, bo wymiękłam.
Poranny zły humor, popsuty przez wychowawcę, który wtyka nos w cudze sprawy, poprawiło popołudniowe spotkanie na kawie, a potem urodzinowy wypad do Bubble Place - na herbatkę bąbelkową. Szczerze? Liczyłam na coś lepszego, czterech liter nie urywa, może to dobrze, bo kto chciałby z urwaną chodzić? ;P
Serce? Syberia, bo na pustynię za zimno. Tak pusto, tak wieje chłodem i przymarza co nieco! Chyba na razie nie ma ochoty, żeby rozpalić w nim małe ognisko. (human mnie przeraża, ten opis uczuć....)
I większa pustka, bo nijak odczuwam Jego obecność. Cholera, czasem mnie tak dopada, uczucie czarnej dziury, z której nie potrafię wyjść. Ale może to tak powinno być? Może to mój sposób przeżywania Wielkiego Postu? Może niedługo ziemia pęknie i znowu będzie tak pięknie?

Kasia - wszystkiego najlepszego! ;)


niedziela, 10 marca 2013

Sunday morning - chocolate mousse!

Niedziela! Dla młodzieży to średni dzień jeśli chodzi o radość - jutro szkoła, tak więc trzeba otworzyć podręczniki i zeszyty i zakuwać na jutrzejsze zajęcia. Ja, po powrocie z Kościoła, zamiast wziąć się za naukę, wzięłam się za gotowanie. I tak w mgnieniu oka upiekłam pysznego, soczystego kurczaczka, a na deser chocolate mousse - pierwszy raz, ale wyszło idealnie. Konsumpcja zakończyła się sukcesem - ale to nie powód by mówić o sobie : jestę kucharzę. (jak to beznadziejnie brzmi....)
Ogólnie dziś mam ochotę tylko na gotowanie - mogłabym stać przy garach cały dzień - a to raczej nowość, bo rzadkością jest widok Ani buszującej po kuchni. No, buszującej w poszukiwaniu jedzenia, to widok codzienny (o ile jestem w domu), ale buszującej w poszukiwaniu składników, żeby coś upichcić - to inna sprawa. Tak więc dzisiejszą niedzielę, uważam za pysznie idealną.

Co innego po jedzeniu....
Nigdy nie umiałam być asertywna. I każdy to wykorzystywał na swój sposób. Czasem zaczynam żałować umiejętności śpiewu przy akompaniamencie gitary. Czasem zaczynam walić się po głowie, że włączyłam się w Ruch. Ok, to fajna sprawa, ale z umiarem. Jedne rekolekcje już za mną. Jutro zaczynam rekolekcje w Odkupicielu, bo to parafia mojej szkoły. I nie mam sił i czasu na kolejne. MAM MATURĘ, czy kogoś to obchodzi? MAM OBOWIĄZKI DOMOWE, czy ktoś o tym pomyślał? To, że kiedyś było łatwo mnie wciągnąć w rekolekcje, nie znaczy, że teraz jest tak samo. Chcę skupić się na szkole i na egzaminach, bo to one zapewnią mi przyszłość, a nie kolejne rekolekcje, na które jeszcze nie ma dojazdu, które są w miejscu, w którym nigdy nie byłam, z młodzieżą, której nie znam i z kadrą, którą ledwo znam. Przykro mi, że nie mogą zrozumieć... inni nie muszą jechać, ale ja? koniecznie..... Smutno mi.



środa, 6 marca 2013

Wiosna, ach to ty? ;)

Uwielbiam taką pogodę, kiedy o siódmej rano budzą mnie promienie słońca. Wtedy już od samego rana jestem pełna sił i zapału na cały dzień (co zimą i jesienią jest niemożliwe - jestem wtedy wielkim śpiochem)!
Dodatkowo dopisuje mi niezły humor, którego nikt nie jest w stanie mi zepsuć! Uśmiech od ucha do ucha nie znika z mojej twarzy ani na sekundę - i tak będę trzymać!:) Jak to powiedział ksiądz Krzysiek - w takie piękne słoneczne dni powinniśmy mieć uśmiech promienny - mówisz, masz! :)

W marcu jak w garncu..
Pisząc tego posta napotkałam się na portalu pogodowym na niezbyt (jak dla mnie) przyjemną wiadomość.
"W środę w najcieplejszym momencie dnia termometry pokażą nawet 14 st.C." - akurat ta wiadomość bardzo mnie pociesza - skończę post i lecę na dwór, trzeba korzystać bo... "Niestety będzie to ostatni powiew wiosny, przynajmniej na razie. W czwartek pogoda zacznie się zmieniać, na gorsze. Z dnia nadzień zrobi się coraz chłodniej. W niedzielę będzie już tylko 1 stopień powyżej zera. Oprócz ochłodzenia do Polski wrócą jeszcze opady. W piątek padać będzie śnieg, w sobotę śnieg z deszczem, a pod koniec weekendu w wielu miejscach dosypie śniegu. Poprószyć może dość obficie. Synoptycy przewidują, że w połowie przyszłego tygodnia miejscami pokrywa śnieżna będzie miała aż 10 cm." 

I po takiej prognozie pogody mam zamiar jak najlepiej wykorzystać to ciepło i odciąć się od internetu (tak wiem, pewnie niemożliwe, ale skoro ma być ciepło tylko przez jeden dzień to akurat to postanowienie jest bardzo realne) ;)



środa, 27 lutego 2013

25-27.02.2013 Lutry.


„Mimo początkowych obaw, jesteś z nami. I dzięki Ci za to. Duch Święty wie co robi. Powiedział: weź ją! Więc wziąłem. I jesteś.”   

       To nie tak, że jak jest ewangelizacja to ja jestem św. Anna i wszystkich wkoło chcę nawrócić, bo przecież ludzie na wioskach to wierzą w horoskopy i cud zielarstwa. To nie tak, że przed rekolekcjami jestem zdechłym szczurem a po, mam taką siłę, że mogę Tatry przenosić. Nic z tych rzeczy.
Jakoś w listopadzie zaczęła się moja przygoda z tym dziełem. Brak odwagi dał się we znaki - czy podołam? I chyba "dołam", bo jestem. 
        Zima 2013. Lutry - wioska oddalona od mojego miasteczka jakieś dziesięć kilometrów. Wioska z przepięknym luterskim jeziorem i małym, zimnym Kościołem. Kościołem, gdzie trzy dni pod rząd każdy z nas marznął w dobrej wierze. Kościołem, gdzie pierwszego dnia próbowałam popełnić samobójstwo, jednak On mi pomógł (pantomima), a drugiego próbowałam własnych sił w modlitwie śpiewem solo. Każdego dnia dwie tury, te same treści. Nuda? Nie. Te same treści przekazane w inny sposób. Przyjechałam w grupie, by ewangelizować ludzi. W rzeczywistości to ludzie ewangelizowali mnie. Nie powiem, że po tych trzech dniach tak mnie przywróciło do życia, że do nieba prosta droga. Ale nie powiem też, że nadal jestem tym szczurem, co już ledwo łapie oddech. Jestem gdzieś pośrodku. Jestem Anią, która się gdzieś tam gubi. Przeskakuje przeszkody i czasem nie ponosi konsekwencji. Anią, która jeszcze mało wie o Tym, który sprawił, że może oddychać. 
       Komplementy? Cieszą człowieka, zwłaszcza kobiety. Bo która, kiedy słyszy o sobie coś dobrego zaczyna się smucić? To komplementy, które mnie podbudowują. 

On działa jak chce. Dziś mocnej, jutro słabiej. Zawsze na naszą korzyść, kiedyś to docenimy.





sobota, 23 lutego 2013

I wish you all the best! love you DAD.♥

Podczas gdy jedni pracują, a inni czytają Makbeta, ja spędzam wieczór w doborowym, małym towarzystwie z dobrym jedzeniem na stole. Za jedzenie odpowiedzialna jest oczywiście mama, której nawet Gessler nie dorówna. O doborowe towarzystwo w naszym domu nie trzeba się martwić - razem z rodzicami świetnie dajemy sobie radę. Dziś w domu mamy jubilata - z tytułem męża, syna, ojca. Cóż mogę powiedzieć,
wszystkiego najlepszego tatku! :*

Tata to najfajniejszy facet, który do snu swoim dzieciom śpiewał "Godzina piąta minut trzydzieści". I co najważniejsze - to była dla nas najlepsza kołysanka. Dzięki jego cierpliwości taka Ania potrafi jeździć na rowerze. Teraz jest moim nauczycielem, który pokazuje mi jak być dobrym kierowcą. Ale mimo prawka w portfelu nie przestał być moim prywatnym szoferem. Kocham tego mojego tatuszka, który dziś skończył kolejne osiemnaście lat! :)
2008!

środa, 20 lutego 2013

happy birthday to me!

Chciałam napisać, jakie mam piękne urodziny, bo tyle ważnych mi osób o mnie pamięta. W sumie, właśnie to napisałam, ale chodzi o to, że chciałam to bardziej rozbudować, opisać.
Tymczasem siedzę w czterech kątach z rzewnymi łzami spływającymi po policzku, modląc się, że wszystko będzie dobrze. A razem ze mną, choć w innych częściach miastach, lub w ogóle zupełnie innych miastach, modlą się Ci, na których zawsze mogę liczyć. Paweł, Marta, Monika, Księża...
Razem z nimi ufam, że babcia wyzdrowieje.



czwartek, 14 lutego 2013

i hate valentines day... ?


„Śpisz pięknie tak….”
Ale miałam piękny walentynkowy sen…. (połowicznie realny)
Mimo tego nie lubię walentynek.
Nie, to nie dlatego, że moje ręce nadal są smutne, bo nie mogą spleść się z tymi męskimi, silnymi. Brak zaproszenia na kolację przy świecach też nie jest dobrym powodem. Nie obchodzę walentynek, chociaż nie raz miałam do tego okazję. W jedne zakończyłam coś, co przetrwało nawet małą zdradę (teraz to brzmi śmiesznie:P). W inne, mój oddech zaczął być dedykowany pewnemu przystojnemu chłopczykowi. Innych nie świętowaliśmy, bo mieliśmy walentynki cały czas. I może tak powinno być. Powinno się okazywać miłość każdego dnia, kwiaty i prezenty dawać bez okazji, a nie dlatego, że mamy 14.02. Ten dzień na pewno zestresował już niejednego faceta. Tego dnia każdy chce wyglądać zjawiskowo, być wyjątkowym. Dziewczyny już od tygodnia zastanawiają się, co dostaną od swojej drugiej połówki etc. Nie masz się w co dzisiaj ubrać? Najlepiej ubierz coś czerwonego, wtedy w szkole możesz sobie poleniuchować, bo masz szczęśliwy numerek. Możesz kupić kartkę walentynkową i wyznać komuś miłość, to na pewno romantyczniejsze niż szczera rozmowa. W rytmie miłosnych piosenek, które słychać z radiowęzła, możesz kołysać się w ramionach partnera i skradać mu buziaki przy poloniście.
Nie mam nic do zakochanych, wręcz przeciwnie – cieszę się, że mogą z kimś dzielić się swoim szczęściem. Po prostu wolałabym, żeby tak było zawsze. Bo dzisiaj wszyscy się kochają, a jutro nienawidzą.
A walentynki spędzam z szpitalnym gronie – raz u babci, raz u kuzynki. Spędzam z piosenkami o niezbyt szczęśliwej miłości, z rozterkami i chorobami...




niedziela, 10 lutego 2013

krótko, zwięźle, nie na temat! :)

Krótko, zwięźle, nie na temat. 

Korci mnie, żeby coś napisać, ale wenę twórczą zgubiłam gdzieś po drodze, więc niech was nie dziwi wielka nieskładność owego, sto czwartego (!) postu. (dziwi mnie, że po roku nie znudziło mi się prowadzenie bloga). Aktualnie, zamiast być w Olsztynie, jestem w domku i leżę sobie pod ciepłą kołderką z kubkiem chłodnej już herbaty; życie jest piękne.
Po wczorajszym samochodowym incydencie siedzę cicho jak myszka i nie przyznaję się rodzicom do tego, jaka atrakcja mnie spotkała. (nie chcę denerwować mamy - robię to z miłości :P) Ogólnie, dzisiejszy dzień na facebook'owym czacie podsumowałam jednym zdaniem: nie lubię niedziel, ale kocham mamę. 
O co chodzi? Niedziela to czas, kiedy zamiast spędzić go z rodziną, odjeżdżam do mało urokliwego miasta i zostaję tam przez 5 dni - i tak w każdy tydzień, tak monotonnie. A dziś mogę się wylegiwać we własnym łóżeczku i pisać tę jakże nieskładną notkę.
Co wam jeszcze powiem? Jestem taaaakaaaa szczęśliwa! (chociaż jutro ważny test z angielskiego, a ja nic nie umiem - materiał od końca drugiej klasy - moduł 1-14) 
Więc macie na dobranoc taką małą, piękną, szczęśliwą mnie. ->
i jeszcze tutaj: klik


a za 10 dni.... a za 10 dni skończę słodką dziewiętnastkę! :)

sobota, 9 lutego 2013

"Dlaczego większość kobiet beznadziejnie prowadzi? Bo większość instruktorów to faceci!" - funny!

I nadszedł ten czas w życiu kierowcy, kiedy całe życie staje przed oczami. Niby nic strasznego, a jednak. Kiedyś myślałam, że jak ktoś jedzie wolno, to nic się nie dzieje. A tu proszę. Zwykły wyjazd do sklepu po bułkę i warzywa. W tamtą stronę idealnie, chociaż droga pozostawia wiele do życzenia. Szybkie zakupy i możemy wracać. Zjeżdżam z góry, żeby dojechać do domu. Sama. 30/h bo to droga, gdzie przechadza się wiele pijaczków, gdzie stoi wiele samochodów. Mijam domy, ale czuję, że coś jest nie tak. I moja intuicja nie zawodzi. Zaczęło mnie wykręcać, taka samochodowa karuzela. Pierwszy odruch to hamulce, które niestety nie mają zamiaru reagować. Pierwsza myśl? Zaraz się rozbiję o przydrożny, niezamieszkały dom. Ale spokojnie, mam kierownicę. Ale i ona odmawia mi współpracy. Samochód swoje, ja swoje. Zatrzymałam się. Nie wiem jak. Wiem tylko, że zajęłam całą drogę. Musiałam szybko się uwinąć, przecież zaraz może nadjechać rozpędzony samochód i wtedy moja honda poszłaby na złom. (dobra, to małe wyolbrzymienie). Biorę telefon do ręki, żeby zadzwonić do taty, chociaż stan mojego konta to jakieś trzy grosze. Ręce mi się tak trzęsą, że nie mogę wpisać hasła do telefonu. Stwierdziłam, że wyjdę z samochodu i zacznę krzyczeć - to tylko 50 metrów od mojego domu. Ale po wzięciu głębokiego oddechu zaczęłam myśleć racjonalnie. Odpaliłam samochód po raz kolejny. Działa! Wycofałam, podjechałam, wycofałam i ruszyłam. Teraz to nogi nie chciały ze mną pracować. Trzęsły się tak bardzo, że trzy razy musiałam wjechać na swoje podwórko. Myśl: Nie chcę już jeździć samochodem. Nie rozumiem, jak ktoś mógł postawić mi pozytywa na egzaminie. Ale przecież jeszcze dziś będę musiała gdzieś podjechać.
Wiem. Jeszcze nie jedna taka sytuacja w moim życiu. Ba! Może nawet gorsze - chociaż po cichu liczę, że nie.
Czy warto poddawać się po jednej, nie wiadomo czym spowodowanej atrakcji jaką jest samochodowa karuzela? Zapewne nie.


niedziela, 3 lutego 2013

Budapest


Wieczór z repetytorium angielskim skończył się na wspomnieniach z okresu podróżowania, gdzie mogłam chociaż trochę wykazać się moją znajomością języka, którym w dzisiejszych czasach posługują się ludzie niemal w każdym kraju.Wspomniałam sobie wieloletnie Włochy, kilkudniową Szwecję, czy Litwę, a nawet Bośnię i Hercegowinę. Przypomniałam sobie kąpiel w Chorwacji i zakupy w Słowenii. Piękny Wiedeń, pamiętliwy Frýdek-Místek i sąsiednia Słowacja. Nie zapomnę także czterdziestostopniowego Cypru. To wszystko jest takie piękne i daje tyle wspomnień. Ale żadne z tych państw i miast nie wzrusza tak bardzo jak Budapeszt....

05.02.2011
Zajeżdżamy do Budapesztu nad ranem - zaspani i niewiele ogarniający. Pierwsze kroki, piękne widoki i przebudzenie. Brzuchy umierają z głodu, więc trzeba się najeść. W środku miasta, niewielka knajpka, rozkojarzona obsługa i brudne sztućce. Trudno, damy radę palcami, to tylko pizza. Wracamy, bo przed nami  długa droga do Polski. Dochodzimy do pojazdu a tu.... niespodzianka w postaci wybitej szyby. Mamy wolne, możemy robić co chcemy. Los nam sprzyja, nie ma co - zaparkowaliśmy pod placem świętej trójcy, więc mamy skąd podziwiać to przepiękne miasto. Kilka godzin wolnego i możemy ruszać dalej - do Polski.

PLAC ŚWIĘTEJ TRÓJCY - BUDAPESZT
To tu skończyło się stare a zaczęło nowe. To w tym miejscu pogrzebaliśmy stare niedomówienia i kłamstwa. To tutaj był nowy start. Dostałam to, na co po cichu liczyłam. Lubię ten plac.

Piękne miasto niesie z sobą piękną historię i wspomnienia. Tego piękna nie da się opisać. Nie ukaże tego nawet powyższe zdjęcie z aparatu księdza Sławomira. Tam trzeba pojechać. Urzekło mnie to miasto.

środa, 30 stycznia 2013

lawendowe pole pod białą pierzyną.

Lawendowe pole pod białą pierzyną. (spodobało mi się to określenie co do Nowego Kawkowa)
Początkowe zniechęcenia i pesymistyczne podejścia zniknęły, gdy postawiłam pierwszy krok w refektarzu, gdzie grupka dzieci przywitała mnie gromkimi brawami.
Rozwydrzone, potrzebujące zainteresowania. Dzieci, które jeszcze nie zdołały dostrzec Boga. To małe podlizuchy, które ciągle chcą być na czyiś rękach, chcą mówić coś na uszko, co w rzeczywistości oznacza buziaka w policzek. Chcą się przytulać i tańczyć. Zginają nogi, gdy czują, że zaraz zostaną postawione na podłodze. Trzymają ze rękę, kiedy trzeba iść. Przeżywają zakochania na trzydniowych rekolekcjach. Chłopcy wzdychają do dziewcząt, które są twarde niczym skała i na nic ich starania. Ani bransoletka zrobiona własnoręcznie (przez faceta) ani miłosny list nie są w stanie zmiękczyć tej pięknej płci.
To opis dzieci, które były ze mną nieustannie 24/h przez ostatnie trzy dni.
Ciężko pełnić dwie funkcje na takiej oazie. W jakiej roli czułam się lepiej? Chyba jako muzyczna, bo dzieci miały niesamowity zapał do śpiewu. Animatorka grupy męskiej to trudne zadanie, szczególnie, gdy chłopcy są w wieku dojrzewania i zamiast skupić się na tym co najważniejsze, skupiają się na.... nogach animatorki, czyli na błahostkach. Ale to zawsze +1 w podwyższeniu samooceny. :)
Animatorzy w przeróżnych strojach - od eleganckie polskie po afrykańskie, tańce, hulańce, konkurs na najładniejszą maskę i wybór króla i królowej balu - to nasza uczta miłości (agape).
Płacz dzieci, bolące brzuszki. Moje 35.7 i okropny ból głowy, cierpliwość i smaczne jedzenie. Podkreślenie własnej wartości, godności i długie odprawy. A to wszystko tam, gdzie zaczęła się moja przygoda.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Grandparents day!

Setny post, to szczególny wpis, dedykowany babciom i dziadkom.

Babcie - to po części dzięki nim mogę napisać tę notkę i oddychać, w końcu to one są matkami moich rodziców. Zarówno jedna, jak i druga przeżyły II wojnę światową. W jej wyniku, młodsza straciła kuzynkę, która schowała się w kamienicy z bombą. Starszą wywieźli do Niemiec, skąd wróciła cała i zdrowa.
Babcie. Utwierdzały mamę, że imię Ania jest dla mnie odpowiednie, bo nawet mój braciszek będzie mógł swobodnie je wypowiedzieć. Po nich mam drugie imię - Maria. (chociaż jedna to Marianna, ale wszyscy na obie wołają Marysia). To one z dumą nosiły mnie na rękach, oglądały moje przedstawienia, śpiewy. Chwaliły się koleżankom, jaką mają wnuczkę.

Dziś obie są wdowami. Starsza z dwójką dzieci, młodsza z trzynastką. Jedna wychowała księdza pracującego w Austrii, druga zakonnicę misjonarkę pracującą w Afryce. Katolicka rodzina bez wątpienia.
Młodsza babcia tryska zdrowiem. Starsza ma problemy ze wzrokiem (sokolego mieć nie będzie, no ale...) a jutro położy się do szpitalnej, tętniącej smutkiem (bo bez wnucząt) sali, gdzie spędzi nie wiadomo ile czasu. Martwię się o nią, ale wierzę, że będzie dobrze.

Moje babcie są wyluzowane i mają wieeelkie poczucie humoru. Jest mi smutno, wybieram się do tęskniącej i zatroskanej babci. Ona jest lekiem na każdy mój smutek. Jej ramiona ukojeniem dla mnie są, bo przy niej czuję, jak smakuje miłość. :) (nie sądziłam, że wykorzystam w poście o babciach tę piosenkę) :)

Moje babcie są fajne i kocham je za to, że są takie, a nie inne ;)

A dziadkowie? Co z nimi?
Dziadek Franek nie brał mnie na barana. Nie nosił na rękach i nie dawał całusków w policzki, czółko i główkę. Nie stał obok, kiedy robiłam pierwsze kroki. Zapewne chciał, ale odszedł zbyt wcześnie. Niewiele o nim wiem. Ale ufam, że jest ze mną duchem, wspiera mnie i jest dumny z tego, kim jestem. (w końcu noszę jego nazwisko) :P

Dziadek Mietek. Do dziś pamiętam jak cieszył się z przedstawienia, które dla niego zrobiłam wraz z kuzynką. Do dziś, gdy zamykam oczy, widzę jaką miłością darzył wszystkie swoje wnuki. Kiedy wchodzę do jego pokoju, widzę radio, które umilało mu czas i telewizor, na którym pozwalał mi grać. Siedzę na łóżku, na którym przesiadywał całe dnie. Kocham Go całym moim serduszkiem. I tęsknię.

Każdy jest wyjątkowy, każdego kocham, każdy jest mój. Nie ważne, gdzie są. Ja i tak ich kocham ;)


niedziela, 13 stycznia 2013

Studniówka IV LO

Poloneza czas zacząć. Podkomorzy rusza
Słowa znane nawet bez przeczytania zacnej powieści Mickiewicza. Chyba nikt nie wyobraża sobie otwarcia balu maturalnego bez tych słów. Taniec nagrodzony gromkimi brawami rodziców, także i moich. (dziękuję!)


Jeszcze tylko podziękowania dla wychowawców i parkiet należy do mnie! Nie pamiętam, kiedy tak się wytańczyłam. Nowe buty spisały się na medal - żadnych odcisków!

"To moja najlepsza studniówka, na jakiej byłam. To moja pierwsza studniówka!" 
Racje mają Ci, którzy mówią, że studniówka to najlepsza impreza młodych ludzi! Wszyscy wystrojeni w eleganckie stroje, z pięknymi fryzurami. Wtedy wszystko jest możliwe - nawet niepoznanie swojej koleżanki z ławki. .

Miejsce? Pięknie położony Hotel na Dajtkach. Ale to nie ono sprawiło, że było fantastycznie. To ludzie i ta niesamowita atmosfera. Dziękuję!

"Zróbmy więc studniówkę, jakiej nie przeżył nikt"
Program artystyczny. I nikt nie zarzuci humanistyczno-językowej, że są beznadziejni. Idealnie zaśpiewane I'm so excited, wzruszający pokaz zdjęć oraz klasowa piosenka z gitarą wyszły tak cudownie, że sam dyrektor ubiegał się o bis.

Były też przykrości, które poszły w niepamięć. To była nasza noc! Wyszliśmy z tego ze strupami, siniakami i chorobą. Ale warto. Bo studniówkę przeżywa się raz.

i'm so excited!

piątek, 11 stycznia 2013

poloneza czas zacząć!

Stolica nie spełniła moich wymogów i zamiast z kreacją na studniówkę, wróciłam z pięknym płaszczykiem, bielizną i butami. Sukienka to wybór na ostatnią chwilę, ale najważniejsze, że jest!
Zaraz zabiorę wszystko i pojadę na najlepszą imprezę mojego życia - na moją własną studniówkę. Jeszcze nie czuję stresu przed polonezem i graniem na gitarze. Jeszcze nie nauczyłam się na perfect piosenki I'm so excited. Pamiętam pierwszy dzień szkoły, kiedy otaczali mnie obcy ludzie. To z nimi za cztery miesiące będę musiała się rozstać. Ale dziś będę się z nimi bawić na naszym balu maturalnym i to z nimi zacznę odliczać 100 dni do matury. To oni sprawią, że ten dzień będzie wyjątkowym! :)

Po trzech miesiącach prób, wymysłów rodziców co do studniówki i napięć nauczycieli nadszedł czas na głośne słowa: "poloneza czas zacząć"


środa, 2 stycznia 2013

Goodbay 2012, welcome 2013

No i zaczął się 2013 a wraz z nim wiele nowych rzeczy. No może nie jest to ogrom pracy, ale jednak coś! :)
Odpuściłam sobie zabawę w listę noworocznych postanowień, bo doświadczenia z poprzednich lat nauczyły mnie, że kończą się one na... liście. Nie stawiam sobie dalekosiężnych planów, raczej skupiam się na tym, co najważniejsze. Chronologicznie, po pierwsze wybieram się do Warszawy, w poszukiwaniu kreacji na studniówkę, która jest już za tydzień. Przyszły tydzień to intensywna nauka poloneza, którego jak do tej pory nikt nie ogarnął. Ciężki tydzień zakończy się świetną zabawą na Dajtkach. Po hucznej zabawie czas na intensywne przygotowanie do matury. I tak do maja. W między czasie ferie, wypady gdzie dusza zapragnie (albo gdzie rodzice zezwolą) i znów powrót do szkolnej rzeczywistości. A potem papiery na studia i nadzieja, że w październiku nazwę się studentką. A teraz zamykam komputer i cichutko na paluszkach zabieram się za przygotowania do jutrzejszych zajęć.


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka